draco-maleficium blog

Twój nowy blog

Witam Was, moi kochani. Nie będę przed Wami ukrywać, że witam się z Wami w ten sposób już po raz ostatni. Zapewne wielu z Was podejrzewało, że na to się zanosi, a ja sama nosiłam się z tą kiełkującą myślą już od dawna, choć nawet teraz nie chcę przyjąć jej do wiadomości. O wiele łatwiej byłoby w dalszym ciągu zostawiać sobie otwartą furtkę i łudzić się myślą, że jeszcze powrócę tu w pełnej gotowości, że blog zacznie na nowo prężne życie, że dotrwam do końca tej historii. Jednakże to byłoby oszustwo, wobec Was i wobec mnie samej. Tak naprawdę są to już tylko moje złudzenia, nawet nie nadzieja. Ogień zwyczajnie zgasł i nie sądzę, by coś jeszcze było w stanie go rozniecić. Boli mnie to bardzo i nie będę ukrywać, że płaczę, pisząc te słowa, ale dalej tak nie można. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że to, co było mi tak bardzo drogie przez tak długi czas (czy to możliwe…?) już się skończyło. I to skończyło w sposób definitywny. Szukam teraz odpowiednich słów, żeby Was przeprosić i wyjaśnić, ale takich słów nie ma i nie będzie – mogę tylko spróbować ująć krótko to wszystko, co w tej chwili czuję, a czuję przede wszystkim ból. Ten blog był moim pierwszym – to na nim stawiałam pierwsze kroki w pisaniu publicznym, to tutaj wystawiłam się po raz pierwszy na oceny czytających, to tutaj rozpoczęłam swoją pierwszą historię pisaną na bieżąco, właściwie bez żadnego projektu, jak wiedzą ci, którzy czytali pierwsze notki. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Pojawili się nowi czytelnicy, a wraz z nimi przyszedł koncept, blog nabrał jakiegoś konkretnego celu i zyskał kierunek, wizję, co chyba było widać. To niewielkie miejsce stało się jednym z najważniejszych elementów mojego życia, moją integralną częścią. To tutaj eksperymentowałam ze stylem, tutaj przelewałam wszystkie swoje myśli i inspiracje, tutaj rozwijałam skrzydła i tutaj zachodziłam zwyczajnie po to, żeby poprawić sobie humor. Tutaj wreszcie naprawdę uwierzyłam, co powinnam robić w przyszłości i tutaj poznałam wielu fantastycznych, wspaniałych ludzi.

Chcę Wam za to wszystko podziękować. Za wszystkie słowa otuchy, za to, że zawsze znalazłam tutaj miłe słowa, które nie pozwalały mi przestać pisać, za zachęty, za groźby, za akcje ratunkowe, za protesty i molestowania o ciąg dalszy – to tylko i wyłącznie dzięki Wam napisałam tych ostatnich parę notek. Dziękuję tym, które są ze mną bardzo długo: Viviane, Shield, Villemo, Kelli, Issie, Katie i tym wszystkim, które udzielały bądź udzielają się na Forum Fanów Draco Maleficium (czego to ja się dorobiłam!). Jesteście naprawdę wspaniałe i przykro mi, że musicie mnie znosić. Dziękuję tym, którzy zachodzili tu kiedyś, przede wszystkim Iskrze i Angel, a także tym, którzy wpadają tu sporadycznie i którzy czytali bez komentowania. Dziękuję mojej siostrze i wszystkim znajomym, którzy zawsze mnie dopingowali. Wreszcie dziękuję J.K. Rowling za stworzenie tylu świetnych bohaterów, których sobie „pożyczyłam” i zżyłam się z nimi tak, jakby byli przeze mnie wymyśleni.

Chciałabym napisać, że to jednak nie koniec, że furtka pozostaje otwarta. Tyle jeszcze chciałam tu opowiedzieć, tyle obrazów przelać tu, żebyście i Wy mogli zobaczyć to, co uroiłam sobie w głowie… Marzyłam, że doprowadzę historię Dracona M. do końca. Jednak czas mija, w moim życiu pojawiło się wiele nowych elementów i ludzi, a ja sama też nie jestem tą, która zaczynała pisać pierwsze słowa. Pisałam coraz rzadziej, a kiedy myślałam o blogach, to zawsze z bolesnymi wyrzutami sumienia; stały się one kolejną rzeczą na liście tych „do zrobienia.” To była po prostu śmierć naturalna, a tak mi się przynajmniej wydaje. Idę do przodu, zaczynam pisać własne historie, takie, jak lovesongforavampire.mylog.pl czy „Tysiąc i jeden sen,” który wkrótce pojawi się w formie blogowej. Jednak nigdy nie zapomnę o tym miejscu, które dało mi tyle nieopisanej radości, że serce naprawdę krwawi. Nie pozostaje mi teraz nic innego, jak tylko pożegnać się z Wami i z tym bohaterem w wielkim stylu – bo w zasadzie powiedziałam już tutaj wszystko, co chciałam o nim powiedzieć. Kocham Was, to miejsce i wszystko, co się z nim łączy i nic tego nie zmieni, ale na wszystko przychodzi koniec. Dlatego teraz prezentuję ostatnią notkę.
Dziękuję Wam wszystkim.

Monika

***

Znacie to dziwne uczucie, kiedy człowiek czuje, że wypompowano z niego całe powietrze? Na pewno znacie. Jesteście w końcu ludźmi, tak samo, jak ja, a przed podobnymi chwilami nikt się nie uchroni. Wtedy tak łatwo można zacząć się dusić…
Ja przeżywam taką chwilę właśnie teraz.
Siedzę w gabinecie ojca. Za oknem noc rozlała się już po niebie ciemnymi falami i tylko jasny, srebrzysty nimb księżyca oświetla drogę białym pawiom i skrzy w wodzie fontanny w ogrodzie. Gdzieniegdzie, jak widzę, zaplątało się nawet parę gwiazd, które jaśnieją nieśmiało, jak zagubione guziki od atramentowego płaszcza wyhaftowane przez przypadek pośród cieni mieniących się chmur. Ta noc wsącza się leniwie do gabinetu wraz z wiatrem przez otwarte drzwi balkonowe; łaskocze firanki, zaprasza cienie do tańca i łagodnie obmywa swoim delikatnym oddechem portrety rodziców w złoconych ramach. Aksamitna czerń wydaje się oswojona, tak, że mam ochotę dotknąć jej, kiedy tak owija sobą złocone liście i płatki róż pozbawionych zapachu, wyrzeźbionych na ramach. Ale nie dotknę ich. Pozwolę, żeby noc dotarła do oczu mojego ojca i żeby napełniła spokojem wejrzenie matki. Oboje na to zasłużyli, bo przecież ta noc ciągnęła się za nimi przez całe ich życie…
Za mną też się ciągnie i czuję, że już niedługo owionie mnie tak, jak teraz otula portrety moich rodziców. Dziwna rzecz – myślę o tym z przyjemnością. Czy można myśleć z przyjemnością o śmierci? Ale to przecież nie będzie śmierć – to tylko przejście z jednego świata na drugi. Kto wie, co jest po drugiej stronie?
Nie mogę się doczekać, żeby to sprawdzić.
W gabinecie panuje cisza. Milczy nawet rozedrgany płomień świecy – jedyne światło, które trzyma szepczącą kusząco noc na pewien dystans. Ten maleńki płomień oświetla stosy pergaminów, które już zapisałem, oraz tą jedną, ostatnią stronę. Oświetla też moje pióro, już ubrudzone atramentem, do połowy jakby umazane w tej wszechobecnej nocy. Tylko to pióro śpiewa w pustym pokoju, gdzie nie ma już nic; z którego odeszły nawet duchy. Być może odegnała je stąd cisza zegara, który stanął na pogrzebie ojca i który już nigdy nie miał zostać wprawiony w ruch? Nawet duchy nie lubią ciszy absolutnej.
Wokół mnie powietrze jest nieruchome. Mam wrażenie, że to świat stanął i może tak się faktycznie stało – świat w mojej głowie przestał się ruszać już dawno, a jaki inny świat jeszcze się liczy?
Chcę skończyć pisać, a potem… potem zdmuchnę świecę i wyjdę na balkon. Prosto w objęcia nocy, która tak niecierpliwie próbuje mnie dosięgnąć. I może wreszcie znajdę spokój.
Pójdę tam, gdzie odeszły smoki.

***

Krótko po powrocie do Hogwartu i po pierwszym spotkaniu z czarownicą odwiedził mnie w zamku ojciec. Było to w salonie Slytherinu, w absolutnej tajemnicy. Pokłóciliśmy się wtedy tak, jak jeszcze nigdy. Ja powiedziałem za dużo, on powiedział za dużo i właściwie skończyło się tak, że ten kruchy pomost, który jeszcze nas łączył, runął z łoskotem i pogrzebał nas obu pod gruzami. Teraz widzę, że to była eksplozja która tylko czekała, aż ktoś jednym nieuważnym słowem podpali lont; kiedy to się stało, nie byłem już w stanie zachować pozorów a miłość, strach, wątpliwości i ta beznadziejna bezsilność zadzwoniły w moich ustach niczym dzwony bijące na pogrzeb. Ojciec, jak mi się zdaje, już wtedy przeczuwał, co się z nim wkrótce stanie, ponieważ w nieruchomej, dźwięczącej ciszy podszedł do mnie i objął mnie krótko. Jego ramiona wokół mnie zniknęły z szybkością błyskawicy i miały równie gwałtowny skutek; niemalże udusiłem się wtedy przez łzy. Nigdy nie zapomnę jego spojrzenia, kiedy mnie żegnał, bo nie można zapomnieć czegoś, co wryło się w samą osnowę czyjejś duszy i co stanowiło zwierciadło nieprzebranego cierpienia – cierpienia, którego jeszcze nigdy nie widziałem w tych szarych odmętach.
Krótko potem dostałem wiadomość, że zginął. Zabił go Voldemort podczas buntu śmierciożerców, który w końcu wybuchł. Cudem dowiedzieliśmy się, że zginął, próbując zadać Voldemortowi śmiertelny cios od tyłu – był jedynym, który podszedł na tyle blisko. Bunt przyczynił się znacznie do poprawienia sytuacji Zakonu i odparciu tej garstki, która pozostała przy Voldemorcie, toteż Lucjusz Malfoy został pośmiertnie oczyszczony z zarzutów, a jego pogrzeb odbył się z niejaką pompą, co tylko dowodziło, jakimi ludzie są naprawdę hipokrytami. W jednej chwili skazaniec, w następnej bohater. Wydawało mi się to wówczas obrzydliwe – teraz czuję jedynie niesmak. Ludzie po prostu są tacy, że potrzebują kozłów ofiarnych i ołtarzy. Cieszę się, że moi rodzice znaleźli się ostatecznie po tej drugiej stronie.
Nie płakałem do chwili, gdy zobaczyłem jego ciało, pięknie ubrane i wypielęgnowane, oddawane prosto w ciemną paszczę sarkofagu – wtedy stanął mi przed oczami jego wzrok tego dnia, kiedy widziałem go po raz ostatni, i zwymiotowałem. Nie byłem w stanie przestać, niemalże się udusiłem wymiocinami i własnymi łzami, które zaczęły płynąć nie wiadomo kiedy. Przez cały czas czułem na ramieniu żelazny uścisk matki.
Od tamtego dnia wydarzenia potoczyły się w szaleńczym tempie.
Mógłbym spróbować je wszystkie opisać, ale jaki byłby tego sens? Ja sam tego wszystkiego nie rozumiem, zresztą to wszystko w ostatecznym rozrachunku nie jest ważne. Cała wiedza, jaką posiadłem; techniki, których się nauczyłem; ludzie, których poznałem i których, świadomie bądź nie, pozbawiłem życia; wylane łzy, nieskończone chwile samotności czy płomień nieokreślonego buntu przeciwko losowi; to wszystko – marność. Nic nie znaczący epizod na kartach historii, który prędzej czy później zginie, przytłoczony tym, co Doczesne. Poza tym, ojciec tego nie widział. Jakoś nie wydaje się to zatem… ważne.
Dowiedziałem się, że istotnie jestem Drakomencerem – kimś, kto jest w stanie zawładnąć smokami. Na czym to polega, trudno wytłumaczyć – chodzi głównie o to, żeby zestroić swój umysł tak, by mógł odtwarzać w rzeczywistości tą najcieńszą jej warstwę, która czai się na samej granicy świadomości i tworzy to, co z braku lepszego określenia nazywa się marzeniami. To w nich właśnie żyją smoki, a raczej idee smoków, które są najdoskonalsze, ponieważ takie miały być w ludzkich umysłach. Necronomicon daje moc, by nadać tym fantazjom kształt i siłę, która pozwoliłaby im zaistnieć w świecie, gdzie nie ma dla nich od dawna miejsca. Jako Drakomancer nauczyłem się tej sztuki. Udało mi się dojść tam, gdzie odeszły smoki: do krainy na samej granicy wyobraźni, gdzie powstają zamki ze szkła, legendy, opowieści. Nie było to łatwe; samo patrzenie na tą krainę sprawia ból, a jej wspomnienie napawa mnie smutkiem spełnionej baśni, bo tym właśnie są wszyscy jej mieszkańcy: baśniami już opowiedzianymi, których nici urwały się i zostały wygnane ze świata materii. To była kraina wygnańców, uśpiony ląd opływany przez czas, gdzie wszystko jest bezruchem, spokojem i grą cieni. Wszystko jest tam także niewiarygodnie piękne.
Tam właśnie odeszły smoki – te prawdziwe, ojcowie wszystkich smoków. I tam spały, dopóki ich nie wezwałem.
Wciąż mając przed oczami wzrok ojca, zdecydowałem się użyć danej mi siły, by się zemścić i tylko dlatego zgodziłem się w końcu na współpracę z Zakonem. A przynajmniej tak to wszyscy odbierali i tak sam sobie wmawiałem. Zemsta. Jakie to trywialne. A jednak palący gniew nie pozwolił mi tak naprawdę wybrać żadnej ze stron. Już nie obchodziło mnie, kto w tym konflikcie miał być zły, kto dobry; kto miał rację, a kto tylko mordował, bo tak naprawdę mordowali wszyscy. Ja chciałem tylko zabić tego, który zabił część mnie. Takie proste.
A tak piekielnie boli.
Matkę ukryli w bezpiecznym miejscu, nasz dom został zabezpieczony. Nie widywałem się z nią często, bo widok jej wyblakłych, niegdyś pięknych oczu doprowadzał mnie do granic wytrzymałości. Nie chciałem widzieć jej bólu, nie chciałem widzieć jej miłości. A jednak to ona przeprowadziła mnie przez ten najtrudniejszy most, na drugą stronę rozpaczy, gdzie jarzy się tylko jedno światełko, które rozgrzewa galaktyki. Gdyby nie ona, nic by się nie udało.
Czym był właściwie ten konflikt dla nas obojga? Wszystkim i niczym jednocześnie. Nieuchronnie jednak oznaczał jedno: koniec z naszym światem. Koniec z arystokracją, gdyż to głównie oni doprowadzili do tragedii i to ich świat zarażał zepsuciem nieróbstwa i dekadencji. Koniec ze starymi rodami czystej krwi i ich prestiżem; nawet w konserwatywnym społeczeństwie Brytyjczyków słowa „czysta krew” miały już na zawsze zachować wydźwięk jednoznaczny z „mordercą.” Nadchodził nowy ład, a my byliśmy tylko pięknymi pamiątkami, bolesnym memoriałem minionej chwały. Nic nie mogliśmy na to poradzić. Świat się zmieniał – my nie. Pozostała nam już tylko jedna droga.
Rozstrzygnięto wszystko w bitwie pod Aberdeen. Harry Potter, jak od początku przewidywano, okazał się bohaterem godziny, i tak powinno być. Ja i moje smoki, przecinający niebo niczym mściwe błyskawice, tylko przyspieszyliśmy proces, który był nieunikniony. Szybując na jednym ze smoków patrzyłem, jak ich płomień pali świat, który tak bardzo kochałem i który był moim światem – i czułem się jak zdrajca. Smocze umysły śpiewały w moim i rozpływały się w jedną symfonię, której to ja byłem dyrygentem – a ja chciałem tylko, żeby to się skończyło.
I skończyło się. Nastał świt. I nadszedł czas liczenia zabitych. Nie było żadnych słów o chwale; nie było chwały tam, gdzie krew spływała rynsztokami.
Smoki zniknęły, niepotrzebne, a ja, wycieńczony, powlokłem się do domu, nie zatrzymywany przez nikogo.
A potem była już tylko pustka, zabarwiona czerwienią – aż do czasu, kiedy zobaczyłem ciało matki na schodach do rodzinnego mauzoleum. Właściwie to wydaje mi się teraz, że umarła spokojnie, jako część świata, która bezpowrotnie musiała odejść. Ona była jego częścią i kiedy całowałem jej zakryte zimnem usta, zdawało mi się, że całowałem swoją własną epokę.
Miała gorzki smak.
Po bitwie nastał krótki czas anarchii. Trzeba było tworzyć wszystko od podstaw, na nowo zbudować nadzieję, przykryć zwycięstwo szalem grzebanych trupów i zająć się lizaniem ran. Ci, którzy przeżyli, nie świętowali. Trudno świętować, depcząc po czyjejś martwej dłoni…
I tak oto tworzy się nowy świat, w którym nie będzie miejsca dla arystokracji, a czysta krew, jak przewidzieliśmy, staje się tylko znienawidzonym sloganem. To już się zaczyna. Kiedy pokazywałem się w miejscach publicznych, napotkałem tylko spojrzenia pełne niechęci i strachu i to jest zrozumiałe. Boją się mnie tak, jak ja sam się kiedyś bałem. Boją się potęgi. Ale boją się też duchów przeszłości, których ja jestem ostatnim uosobieniem. Oni pragną całkowitego oczyszczenia i zatarcia się wszelkich śladów. Historia się o nie upomni, ale jeszcze nie teraz – teraz jest świat nowych ludzi, budzących się z cieni i mrugających w bolesnym słońcu. Przewodzi im Potter i jakoś tak dziwnie czuję, że właśnie tak miało być. Chociaż i on jest zmęczony – widzę to w jego oczach. Chciałby odejść, dać się pogrzebać wraz z tym światem, który pomógł zniszczyć. Widział za dużo śmierci. Wszyscy widzieliśmy jej za dużo.
Snape wycofał się z życia publicznego, widuje już tylko mnie. On też stał się relikwią, chociaż znosi to bardzo dobrze, jak gdyby tego właśnie chciał. Lubi samotność i chyba tak było zawsze. Starzeje się na moich oczach, chociaż ten proces zdradza tylko i wyłącznie jego wzrok – ten więdnie z każdym dniem, podobnie, jak mój. Czuję, że on też czeka już tylko na jedno: na spokój. I mam nadzieję, że go wreszcie znajdzie i że ta noc, którą tak kochał, przytuli go do swojego łona jak dawno utraconego kochanka. Tak dobrze przecież do siebie pasują.
Pocieszam się myślą, że będę pierwszy. Smoki odeszły, czekając na kolejne wezwanie, ale ono już nigdy nie nadejdzie. Nikt już nie zmąci spokoju tych bestii, które rozpłynęły się we mgle konającego stulecia. Niech śpią. Niech fruną tam, gdzie są bezpieczne i gdzie nie ma ciała, które można zranić. Jakże tam jest pięknie, jak spokojnie. Tam czeka prawdziwy odpoczynek. Tam będę miał cały czas świata.
Kto raz zespolił swój umysł ze smokami, dla tego nie ma już innego wyjścia; musi za nimi podążyć. To nie jest zwykły układ sił, to jest niemalże silniejsze niż małżeństwo. To jest dostrojenie dusz. To jest symbioza idealna. Wiedziałem o tym od początku, ale teraz naprawdę czuję, że tak właśnie powinno to wyglądać. Jestem Drakomancerem, a skoro smoki odeszły, muszę odejść razem z nimi. Wołają mnie, wysysają ze mnie siły, a bez nich jestem jak porzucony na bruku kwiat. Więdnę. Umieram, jednym słowem. Ale nie boję się, bo czego tu się bać? Nie będzie bólu. Będzie tylko sen o smokach – wieczny sen. Zapomnienie, które nie sprowadzi już smutku, bo nie będzie już nic, co mógłbym pamiętać. Nie będzie mnie, który by pamiętał. Pozostanie tylko legenda i imię. One nic dla mnie już nie znaczą.
Żal mi tylko zostawiać Pansy. To zabawne, jak bardzo zżyliśmy się ze sobą, jak staliśmy się jakby jednym organizmem, a zaczęło się to tej nocy, kiedy po raz pierwszy uprawialiśmy seks. Od tamtej pory ona stała się jakby ołtarzem mojej samotności. Czym ja byłem dla niej, nie wiem – ale wiem, że gotowa była w każdej chwili porzucić wszystko dla jednego mojego słowa. Czy to była miłość, czy może coś innego? I tak, i nie. Miłość ma wiele różnych odcieni. Ja odnalazłem ją w samotności, ona odnalazła mnie w ciszy. I być może był to związek idealny. Taki pozostanie – ona mnie rozumie i wie, że inaczej nie można. Gdyby zostało mi jeszcze trochę czasu, ożeniłbym się z nią. Ale wtedy coś byśmy utracili… Nie. Niech zostanie tak, jak jest. Niech nasz układ pozostanie idealny.
Jestem zmęczony. Zmęczony wiecznymi układami, zmęczony byciem zabawką. Nawet teraz jestem zabawką i sprawdziło się to, co przeczuwałem – stałem się zwierciadłem mego ojca. Już teraz wiem, że zrobił wszystko, co zrobił dla mnie, żeby mnie ratować – teraz to rozumiem. A jednak wciąż jestem jego zwierciadłem, nawet, jeśli trochę nadtłuczonym. On wciąż ma nade mną władzę i tym także jestem zmęczony. Męczy mnie oglądanie nowego świata, nuży i boli wspominanie starego. Chciałbym wrócić do domu. I wrócę – już niedługo.
Świeca powoli się dopala.
Słyszę muzyke – to oddechy smoków, tuż przy moim uchu. Wołają mnie. Czas zapłacić cenę za magię, bo – tak, jak powiedziała niegdyś Babcia Gravis – wszystko ma swoją cenę. Czuję, jak wypływa ze mnie energia. Na nic nie mam już sił – nawet trzymanie pióra wychodzi mi opornie. Więc czemu się uśmiecham? Czemu czuję się taki spokojny? Czemu noc, której dotyk powoli dosięga moich dłoni, wydaje się taka delikatna, miękka i bezpieczna? Chcę się w niej ukryć. Chcę pozwolić, aby wypełniła moje oczy, uszy, nos – żeby wlała się we mnie cała i zastąpiła krew, żeby rozlała się po całym sercu. Może wtedy będę wolny.
Chciałbym już móc zamknąć oczy – to wydaje się takie łatwe…
Co będzie dalej? Co się stanie z moim domem i ze wszystkimi rodzinnymi pamiątkami? Czy ktokolwiek jeszcze tu zamieszka, pośród tylu duchów? Czy jakieś nowe powietrze ucałuje te zatęchłe śmiercią mury, czy jakiś dźwięk wypełni ciszę? A może cisza osiądzie tu jak kurz i nic nie zmąci jej nieprzerwanego panowania? Chyba wolałbym, żeby stało się właśnie tak. Żeby nic się tutaj nie zmieniło. Wolę wierzyć w ciągłość rzeczy, bo w co innego może wierzyć Malfoy? Nawet, jeśli jestem już ostatni i nikt po mnie nie nastąpi – wolę wierzyć, że nic się tutaj nie zmieni i że po korytarzach będzie biegało moje wspomnienie. Że pośród okien zobaczę uśmiech ojca i ciepłe spojrzenie matki. Że sam zostanę tutaj na zawsze, odizolowany od nowego świata, który stracił już znajome mi kolory.
Nie chcę takiego świata.
Noc nadchodzi – słyszę jej melodie wygrywane na harfie wiatru. Księżyc wyszedł zza chmur… Jak pięknie dzisiaj wygląda. To wspaniałe, móc go znowu oglądać, jak starego przyjaciela. Jestem spokojny, jak jeszcze nigdy. Uśmiecham się do świecy, którą zdmuchnął podmuch wiatru. A zatem już czas.
Wyjdę na balkon, oddam się w ciepłe objęcia nocy.
Pójdę tam, gdzie odeszły smoki.
Nareszcie…

THE END

Naprawdę nie wiem, co ja mam wam powiedzieć. Nie zdziwię się, jeśli wyjdzie na to, że wszyscy stracili nadzieję na nową część i nikt tu już nie przychodzi. Inne blogi zaniedbałam, ale to to już jest zbrodnia, wiem. Ja chyba po prostu zapomniałam, jak to jest, prowadzić ten blog. Zapomniałam, jak wielką radość sprawia mi ta historia i jakie miałam wobec niej nadzieje. Ta notka nie powstałaby, gdyby nie Viviane, która na swoim blogu zamieściła ostatni wpis i osiągnęła wielkość, motywując mnie tym samym do pisania tutaj. Dziękuję Ci, Viv, i ta notka jest specjalnie dla Ciebie, jako podziękowanie od serca. Postaram się skończyć to, co tu zaczęłam. Kocham ten blog, ale miłość jest taka, jak zawsze; czasami potrzebuje przerwy, żeby na nowo dostrzec jej uroki…
Przepraszam.

Oczywiście, że nie miał. Nic nie miał. Miał tylko ten wkurzający uśmiech, i bezsilne wzruszenie ramionami, i optymizm o poranku. Nie ma nic bardziej irytującego niż optymizm o poranku, zwłaszcza, kiedy cel, w który ten optymizm jest wymierzony, ma właśnie po raz pierwszy w swoim życiu umyć się pod pompą w lodowatym górskim powietrzu.
Nie muszę chyba dodawać, że woda była tak lodowata, że każda kropla zdawała się małym, złośliwym sztyletem. Pod moimi bosymi stopami szybko wytworzyło się błoto. Ptaki, usadowione na gałęzi drzewa tuż obok, przyglądały mi się z typową ptasią tępotą, jakby za chwilę miały zamiar ze mnie szydzić. Kiedy już myślałem, że nic nie będzie w stanie zepchnąć mnie bardziej na dno, pośliznąłem się w błocie i wylądowałem plecami na mokrej, ohydnej glebie.
A potem zobaczyłem babcię Gravis.
Wracała z lasu, niosąc pod ramieniem chrust – prawdopodobnie do kominka. Zobaczyła mnie akurat, kiedy próbowałem się podnieść, a moje ręce ślizgały się żałośnie w błocie. Nie odezwała się słowem i poszła dalej, chociaż mógłbym przysiąc, że uśmiechnęła się lekko do siebie przez ułamek sekundy.
Miałem ochotę przekląć cały świat.
Uniosłem oczy w górę, w stateczny błękit nieba, który odwzajemnił moje spojrzenie z wieczną, znudzoną obojętnością, i otworzyłem usta w bezsilnym okrzyku złości…
… srebrzysta struga mocy odezwała się w moich żyłach i poruszyła, niczym bestia zbudzona ze snu i szykująca się na polowanie…
… zamknąłem usta i zagryzłem wargi w bezsilnej furii.
Bestia ponownie zwinęła się w kłębek.
Ułożyłem głowę pod strumień lodowatej wody z pompy, a chłód, przed chwilą tak zabójczy i niemożliwy do zniesienia, nagle stał się ukojeniem. Woda zmyła błoto z mojego ciała, a ja patrzyłem, jak spływa z moich włosów tuż przed moimi oczami. Zacząłem drżeć – ale tym razem to nie zimno było tego powodem.
Moja własna reakcja mnie przeraziła. Albo inaczej – to, co poczułem, kiedy furia niemal odebrała mi kontrolę, przestraszyło mnie tak, że strach sprowadził szok. Przez jedną, krótką chwilę, słyszałem śpiew magii w moich żyłach; czułem euforię mocy, bębniącą coraz głośniej w moim mózgu; smakowałem słodycz zaklęcia w moich ustach. Gdybym pozwolił tej chwili trwać sekundę dłużej, krzak w pobliżu stanąłby w płomieniach. Wiedziałem to z pewnością tak lodowatą i niezachwianą, jak szczyt Himalajów.
To było za dużo. To wszystko… za dużo. Kim ja właściwe byłem? Teraz, w tej chwili, stojąc pod chatką nieznanej mi czarownicy, wystawiony na smagania górskiego powietrza i bezlitosny bicz wody na karku? Zabawką, zdałem sobie gorzko sprawę. Byłem zabawką. Zabawkowy Draco Malfoy, w zabawkowym świecie, w zabawkowej rzeczywistości, z zabawkowymi snami. Kogo obchodzi taka zabawka? Można ją złamać, wyrwać jej ręce, rozebrać, oskalpować, powyginać nogi, pomalować kredkami. Można z nią zrobić wszystko, bo przecież zabawka nic nie czuje. Zabawka nigdy nie odda ciosu. Zabawka nie ma rozumu, aby planować zemstę.
Byłem zabawką ojca. Zawsze tak było. Robił ze mną, co chciał. Manipulował mnie, odkąd tylko pamiętałem. Przed oczami stanął mi obraz tej sceny, lata temu, w salonie: krąg śmierciożerców, ja przed ojcem, jego różdżka, zaklęcie zamykające się na mojej szyi. Nie mogłem uwierzyć, że wtedy uważałem to za coś całkowicie normalnego. Wszystko było normalne: tortury, pouczenia, ćwiczenia w lochach, ostre słowa, kroki na korytarzu, które nigdy nie zatrzymały się przed moim pokojem nocą. To właśnie było moje życie, i nie wyobrażałem sobie po prostu, że można inaczej. To dlatego moja pierwsza noc w Hogwarcie tak bardzo bolała; inni chłopcy naokoło mnie byli ściskani z miłością. Oni nie mieli żadnych blizn…
Teraz widziałem to wszystko tak jasno, jakby ktoś nagle podsunął mi pod nos ułożony obraz, który kiedyś rozbił się w drzazgi. Dlaczego, w takim razie, ciągle byłem tak cholernie bezbronny?!
Byłem zabawką Voldemorta. Byłem zabawką Dumbledore’a. Byłem nawet zabawką Slytherinu – ich uwielbianą maskotką. Potrzebowałem ich, chociaż prędzej umarłbym, niż się do tego przyznał. A teraz stawałem się zabawką jakiejś starej wiedźmy, która nie miała nawet porządnej łazienki.
I pozwalałem na to wszystko.
Drżenie stało się silniejsze; już nie tylko woda z pompy kapała z mojej twarzy na ziemię. Smak soli w ustach tylko bardziej mnie obezwładnił.
Powinienem ich wszystkich nienawidzić. Wszystkich, bez wyjątku. A już głównie ojca. Co on ze mną zrobił?! Czego on ode mnie chciał?! Czego się spodziewał? Próbowałem zmusić się do nienawiści. Próbowałem. Ale wspomnienia zawsze wracały, i okazywały się silniejsze. Strach zawsze mnie pokonywał, i tym razem nie było inaczej. Byłem tchórzem. Byłem za słaby, żeby znienawidzić ojca. Jego autorytet był żelazny, tak samo, jak jego wola. Mogłem równie dobrze spróbować opalania na Syberii – skutek byłby ten sam. Co było w tym wszystkim najgorsze, to że on ciągle miał nade mną władzę silniejszą, niż moja własna wola. Przy nim byłem słaby. Kochałem go mocniej, niż przypuszczałem, a bałem się jeszcze bardziej. Nie potrafiłem go znienawidzić.
Łatwiej było zatem nienawidzić wszystkich wokół zamiast niego.
Czy tego właśnie chcesz, ojcze…? Swojej zabawki? Swojego zabawkowego, papierowego syna, który byłby twoim lustrem…?
Może właśnie to było rozwiązanie. Może powinienem stać się jego lustrem. Wtedy widziałby we mnie samego siebie; wtedy by mnie pokochał, bo byłbym nim. Gdybym był jego lustrem, przeglądałby się we mnie i widział to, co chciał zobaczyć: swoje idealne odbicie. Wtedy wiedziałbym o nim wszystko. Wtedy wszystko byłoby idealne.
Chciałbym być twoim lustrem, ojcze.
Co byś zrobił, gdybym się nagle rozbił…?
- Malfoy.
Nie podniosłem oczu; gdyby Potter zobaczył moje łzy, wszystko runęłoby jeszcze głębiej.
Jeszcze sekunda. Jeszcze chwila, a znowu będę sobą. Należało przegnać te myśli; zamknąć się na te wspomnienia. To już było. Teraz było tu i teraz, a tu i teraz żyłem, i byłem Malfoyem. Maskę czas włożyć.
W końcu wziąłem głęboki oddech, wyjąłem głowę spod pompy, potrząsnąłem włosami i sięgnąłem po ręcznik, który zawiesiłem wcześniej na haku w drewnianej ścianie chatki. Ostrożnie wytarłem twarz, żeby Potter widział, skąd wzięła się czerwień w moich oczach. Bycie Malfoyem było wszystkim, co miałem. Nie mogłem pozwolić, żeby moment słabości mi wszystko odebrał.
Dopiero wtedy odwróciłem się i spojrzałem z niechęcią na Pottera.
- Jeśli powiesz, że zabieram całą ciepłą wodę, lepiej się zamknij, bo cię wyśmieję – mruknąłem, wycierając się z wymuszoną obojętnością.
- Nie zamierzałem powiedzieć nic takiego.
- Dobrze.
- Malfoy…
-Czego?
-Strasznie się trzęsłeś.
Spojrzałem w jego oczy, i zdałem sobie sprawę, że on widział o wiele więcej, niż chciałem, żeby zobaczył. Co mogłem odpowiedzieć? Co on chciał powiedzieć? Czy zamierza jakoś na tym zagrać…?
Przez chwilę Potter odwzajemniał moje spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: ja wiem, i wiem, że teraz i ty wiesz. Wziął głęboki oddech, otworzył usta…
- Ta woda musi być okropnie zimna, co? – szepnął z cienkim śladem uśmiechu.
Obserwowałem go przez chwilę, niepewny, co to oznaczało. A potem zauważyłem tą iskrę w jego oczach, i nagle wiedziałem.
- Tak – odparłem wolno – Jeśli chcesz mojej rady, lepiej wytarzaj się w rosie. Skutek będzie mniej więcej taki sam.
Potter kiwnął głową, uśmiechając się nieco szerzej, a ja wzruszyłem ramionami; po chwili Gryfon sam ruszył pod pompę, a ja odwróciłem się i ruszyłem z powrotem w stronę chatki z dziwnym przeczuciem, że przed chwilą zostało między nami zawarte jakieś dziwne porozumienie. Nie rozejm, nawet nie chwilowe zawieszenie broni; po prostu porozumienie.
To był naprawdę dziwny poranek.
Kiedy znalazłem się przy drzwiach, kątem oka zobaczyłem Lupina, stojącego na brzegu lasu; zerkał to na mnie, to na Pottera z bladym uśmiechem na twarzy.

* * *

- Wiecie, mam nadzieję, po co tu jesteście.
I ja, i Potter skinęliśmy głowami, co było samo w sobie ewenementem bez precedensu.
Babcia Gravis w zamyśleniu poprawiła swój spiczasty kapelusz.
Siedzieliśmy we trójkę na polanie przy chatce; nie całkiem w lesie, ale na samej granicy. Stara czarownica miała ogród warzyw na tyłach chatki, i właśnie tam nas zaprowadziła, kiedy wszyscy zjedliśmy nasze śniadanie (chleb z solidnym kawałkiem sera i kubek koziego mleka dla każdego, a to wszystko doprawione niezręcznym milczeniem).
Myślę, że to dobry moment, żeby spróbować opisać naszą gospodynię. „Spróbować” jest tu słowem kluczowym, bo wątpię, żeby jakiekolwiek słowa mogły oddać tej starej kobiecie sprawiedliwość, choć uważam, że potrafię manipulować słowem wcale nieźle.
Pierwsze słowo, jakie nasuwa się na myśl w związku z babcią Gravis to „uderzająca.” Jedno spojrzenie w jej jasne, lodowate oczy, i człowiek miał wrażenie, że ta kobieta mogłaby samą siłą woli skłonić góry do ukłonu, a z pewnością byłaby na tyle pewna siebie, żeby spróbować. Była solidnej, okrągłej budowy, chociaż trudno byłoby nazwać ją grubą; wydawało się, że większość jej masy ciała to mięśnie. Jej skóra była ciemna i dość pomarszczona, chociaż nie do tego stopnia, jak można by się spodziewać; rzadkie, ciemne, choć już spryskane siwizną włosy czarownica trzymała spięte w praktycznym koku, żeby nie spadały jej na oczy. Ubierała się na czarno, i tu przynajmniej człowiek wiedział, na czym stoi; przypomniałem sobie, że kiedyś czytałem, że czerń to standardowy kolor prawdziwych czarownic. Tak samo jak urzędowy, spiczasty kapelusz*. Chyba cała ludzkość wyznawała ważność odpowiednich regaliów, żeby reprezentować swoją rangę, a rangą czarownicy był jej kapelusz.
Kapelusz babci Gravis zdawał się emanować swoją własną osobowością.
Patrząc w jej oczy, zastanowiłem się, czy przypadkiem słowa Pottera poprzedniej nocy nie miały odrobiny sensu. Babcia Gravis z pewnością miała w sobie coś z Malfoyów. Podobną siłę woli widziałem jak dotąd tylko u swoich rodziców. Jeśli spojrzeć odpowiednio uparcie, można by nawet dostrzec pewne podobieństwo rysów. Postanowiłem odłożyć tą myśl na później, aby zastanowić się nad tym nieco głębiej.
- Profesor Dumbledore wspominał coś o uczeniu się posługiwania magią… – odezwał się nieśmiało Potter, po raz kolejny udowadniając mi, że nie posiada za grosz wyobraźni i instynktu samozachowawczego.
- Źle – przerwała mu natychmiast czarownica. – Nie jesteście tu po to, żeby uczyć się używać magii. Jesteście tu po to, żeby wiedzieć, jak jej nie używać.
- Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek musiał się uczyć tego – mruknąłem pod nosem. – Mugole robią to przez cały czas.
- I myślisz, że to takie proste? – stalowe oczy powędrowały na mnie i napotkały mój wzrok, równie jasny i zimny. Tak – stanowczo było w niej coś z malfoyowej krwi.
Wzruszyłem ramionami.
- Myślę, że to bezużyteczne – odparłem, wytrzymując ciśnienie tego spojrzenia tak dzielnie, jak tylko mogłem. – Po co komukolwiek moc, skoro z niej nie korzysta? To prawie tak żałosne, jak bycie charłakiem.
Babcia w milczeniu skinęła głową, ale nie dlatego, że się ze mną zgadzała; to skinienie oznaczało tylko, że właśnie udowodniłem jej coś, czego się wcześniej po mnie spodziewała. Odwróciła wzrok na Pottera.
- Ty też tak uważasz, Chłopcze, Który Przeżył? – spytała go cicho – Ty też uważasz, że moc jest po to, żeby z niej korzystać, kiedy tylko przyjdzie ci na to ochota?
Potter zerknął to na mnie, to na nią, i nerwowo wzruszył ramionami.
- Ja… myślę, że magia musi mieć jakiś cel. Skoro i tak jest, czemu z niej nie skorzystać?
I znowu to skinienie, to tajemnicze, nic nie zdradzające skinienie. Ta kobieta doprowadzała mnie powoli do szału.
- I podejrzewam, że nie zawahałbyś się przed użyciem magii dla jakiegoś szlachetnego celu. Żeby zabić okrutnego dyktatora i przywrócić pokój. Żeby pomóc głodnym. Żeby uczynić jakiegoś biedaka szczęśliwym. Żeby uzdrowić umierającego.
- No… tak, jeśli to byłoby możliwe, to oczywiście – wyznał skołowany Potter; on nie miał pojęcia, do czego to prowadzi, ale ja powoli zaczynałem rozumieć.
- Bo to by było szlachetne, prawda? – ciągnęła babcia. – Bo to byłoby jedynym słusznym rozwiązaniem. Bo to by dało wszystkim to, czego chcą, i wszyscy byliby szczęśliwi.
- Jeśli szczęście nie jest celem magii, to co jest? – spytał Potter cicho, choć jego wzrok był rozbiegany, jakby Gryfon szukał pułapki w tym wszystkim.
Uważaj, pomyślałem. Za chwilę sidła się zatrzasną.
- A gdyby ktoś poprosił cię o użycie swojej mocy dla przywrócenia komuś życia, i byłoby to możliwe, zrobiłbyś to, prawda?
-Tak – odpowiedział Potter, głośniej, i zdałem sobie sprawę, że chodziło mu o coś osobistego.
Aha, pomyślałem. Wpadłeś, Złoty Chłopcze.
- Tak – powtórzyła babcia Gravis zwodniczym tonem. – Tak, ty naturalnie byś to zrobił. A co potem?
- Jak to: co potem?
- Co zrobiłbyś potem, kiedy zaklęcie już by się dokonało? Jak zapłaciłbyś cenę?
- Nie byłoby żadnej…
- Zawsze jest cena, którą trzeba zapłacić, chłopcze! Każde zaklęcie ma swoje konsekwencje. Za każde machnięcie różdżki jest jakaś cena. Jeśli zaczniesz używać magii, żeby sadzać ludzi na tron czy na stanowiska, będą ci dłużni; będą dłużni magii. Magia zaczęłaby rządzić. Gdybyś wyczarował chleb, żeby nakarmić sierotę na ulicy, magia znalazłaby ujście i zażądałaby zapłaty w tej czy innej postaci. Magia nie służy temu, żeby uczynić ludzi szczęśliwymi! Magia nie jest po to, żeby dawać wszystkim to, czego chcą! Ona nie służy do zmieniania świata!
- Ona służy tylko do naginania pewnych kawałków, prawda? – powiedziałem powoli, patrząc w oczy babci Gravis. – Dawanie ludziom tego, czego chcą, a tego, czego potrzebują, to dwie różne rzeczy.
- Można tak powiedzieć – odparła babcia, przyglądając mi się uważnie. – Chodzi o to, że nie można pozwolić, aby magia stała się waszym panem. To wy macie nią rządzić, nie ona wami, a najlepszą drogą do tego jest używać jej tylko wtedy, kiedy absolutnie nie można tego uniknąć. Używajcie jej zbyt często, a uzależnicie się od mocy, i będziecie chcieli więcej i więcej, a wasz dług będzie rosnąć. Wtedy nie będzie już dla was wyjścia. Albus Dumbledore wysłał mnie do was, bo ja to rozumiem. Mam sprawić, abyście i wy zrozumieli. Zaczynamy od dzisiaj.
Mimo woli wymieniłem spojrzenia z Potterem; w jego oczach odnalazłem takie samo zdenerwowanie, jakie trawiło i mnie. Obaj wiedzieliśmy, że to, co czeka nas w najbliższej przyszłości, nie będzie przyjemne; będzie za to, z całkiem sporym prawdopodobieństwem, bolesne.
Babcia Gravis podniosła się z pieńka, na którym dotychczas siedziała, i krótkim gestem kazała nam iść za sobą.
- Idziemy do wioski, chłopcy – oświadczyła.

* * *

Wioska Oldfool fascynowała mnie, odkąd Lupin wspomniał o niej w samochodzie – chociaż wtedy, naturalnie, moim głównym zmartwieniem były rewolucje natury żywieniowej. Jednak, kiedy z babcią na czele i z Potterem obok schodziliśmy w dół wąską, ubitą ścieżką, prosto do doliny gdzie usadowiły się pojedyncze chatki, na nowo poczułem podniecającą ciekawość. Czytałem o średniowiecznych wioskach i o prymitywnych wieśniakach, dla których wioskowa czarownica była czymś bliższym wyroczni, niż ich własny ksiądz; o miejscach, gdzie to kobiety, które wiedziały nieco więcej od wszystkich innych były traktowane ze strachliwym szacunkiem; o samych czarownicach, tych prawdziwych czarownicach, które żyły w zgodzie z cyklami natury, zajmowały się ziołami i leczeniem prostych chorób, odprowadzały ludzi do grobu, pomagały chorym przejść na drugą stronę, odbierały porody. To one – kobiety, które potrafiły zadbać o siebie i pomóc innym w sposób, który był bardziej chytry niż magiczny – były tymi, które się liczyły w społeczeństwie, gdzie mężczyźni oczekiwali po kobiecie nie piękna, ale tego, żeby potrafiła unieść na swoich ramionach dwa kubły wody i – dość często – chorą świnię. To wszystko, naturalnie, należało do przeszłości. Po tym, co wyczyniała ta przeklęta Inkwizycja, czarownice zniknęły z powierzchni ziemi. Czarodzieje po prostu schowali się w cień, ale czarownice zniknęły naprawdę – przynajmniej tak twierdzili autorzy ksiąg.
Cóż – babcia Gravis była żywym dowodem na to, że to nieprawda, a ja za chwilę miałem na własne oczy zobaczyć to, o czym czytałem tak dawno temu.
Oldfool okazało się dokładnie tym, czego się spodziewałem.
Trudno było to w zasadzie nazwać wioską; było to po prostu zbiorowisko domostw, ułożonych mniej więcej w pobliżu i otoczonych dość małymi połaciami pól tam, gdzie górzysty teren na to pozwalał. Z wysoka przypominało to kołdrę. Poza chatkami mieszkańców, Oldfool miało studnię na środku placu, jedną tawernę, kuźnię, jeden mały sklep oraz niewielki kościół, który stał z tyłu, jakby zawstydzony takim sąsiedztwem. Kiedy przechodziliśmy ścieżką między jednym polem a drugim i weszliśmy na główny plac miasta, dostrzegłem twarze ludzi obserwujące nas z nieukrywaną ciekawością z okien.
– Dlaczego nas tu pani przyprowadziła, pani Gravis? – spytał Potter szeptem; on też zdawał się dostrzegać ludzi w oknach, i wcale nie był z tego powodu zadowolony.
- Mam tu robotę do wykonania – odparła dziarsko czarownica, idąc przez plac w stronę jednej z chatek na tyłach. – Pani Stout ma chorą krowę.
- A co my mamy z tym wspólnego? – spytałem sceptycznie, jednocześnie bojąc się odpowiedzi, która nagle zaczęła świtać mi w głowie.
- A jak myślisz, młody człowieku? – odparła babcia tonem, który tylko potwierdził moje mroczne podejrzenia. – Będę potrzebowała rąk do pomocy.
Wymieniliśmy z Potterem zdesperowane spojrzenia, po czym podążyliśmy za babcią. Ten weekend zapowiadał się nawet gorzej, niż przewidywałem

Coś mały tu ruch ostatnio… Czyżby to dlatego, że jestem daleko i przestałam Was przyciągać do komentowania niezwykłą siłą swojej osobowości? :) Chyba nie muszę już powtarzać, jak miło człowiekowi, kiedy doceniają jego pracę… a i notki wtedy chętniej się pisze ;) Dlatego dziękuję wszystkim komentującym i im dedykuję niniejszą notkę, pisaną już w Krainie Wielkich Możliwości i Jeszcze Większych Barów Fastfoodowych. Dziękuję z całego serca za każde słowo!

Łóżko było twarde. W dodatku trzeszczało.
Odkryłem to po paru sekundach nerwowego moszczenia się na tym zabytku mugolskiej sztuki rzemieślniczej, którą tylko cztery nogi, umocowane metodą „Pchajcie jak najmocniej, chłopcy, to może postoi kilka dni”, odróżniały od zjedzonego przez mole i czas, śmierdzącego kotem materaca.
Teraz był to zjedzony przez mole i czas, śmierdzący kotem materac na czterech nogach i na kilku trzeszczących deskach, bo nazwanie tego… mebla… łóżkiem byłoby profanacją tego terminu i prawdopodobnie sprowadziłoby na mnie gniew boga łóżkowego, jeśliby takowy istniał. Nawet słowo „mebel” wydaje się litościwym określeniem.
To, że z drugiej strony małego pokoiku Potter mościł się w bardzo zbliżony sposób, wcale nie pomagało Morfeuszowi zamknąć mnie w swoich ramionach.
Pewnie odstraszał go trzask desek.
-Przestań się tak wiercić, do demonów, Malfoy- usłyszałem ociekający zmęczeniem i irytacją głos, nieco stłumiony, jakby dobiegał z poduszki.
Posłałem Potterowi, a raczej kołdrze o potteropodobnych kształtach, miażdżące spojrzenie, ale niestety zmarnowało się ono na kupie pościeli. Kopnąłem wściekle prześcieradło.
-Potter- warknąłem- to, że ty przyzwyczajony jesteś do spania na ziemi i że twój kręgosłup ma delikatność wielorybiej płetwy nie znaczy, że każdy potrafi zasnąć na tej żałosnej imitacji mebla.
-Bądź wdzięczny babci Gratis, że w ogóle dała ci łóżko do spania- masa pościeli zafalowała nieco i odsłoniła oblicze Pottera, które- jak odkryłem- nie było najprzyjemniejszym widokiem w środku nocy.- Równie dobrze mógłbyś spać w oborze. Słyszałem, że siano jest bardzo miękkie.
-Zatem droga wolna. Z pewnością tęsknisz do swoich. Ufam, że zapachy przywiodą ci na myśl miłe wspomnienia z pobytu u Weasleyów…
-Jeszcze. Jedno. Słowo- powiedział powoli, spokojnie wyciągając różdżkę spod poduszki i celując mi dokładnie między oczy- A przysięgam, że będziesz zbierał swoje nerki z podłogi.
-Och tak, już widzę, jak rzucasz na mnie czarne zaklęcia. Do tego, Potter, trzeba wiedzieć, co to są nerki.
Odpowiedziałem na jego spojrzenie, wyzywając go. Nie mogłem pozwolić, żeby myślał, że może mną kierować jakbym był kolejnym żołnierzem w jego piegowatej, rudowłoso-szlamowatej armii.
-Ty za to powinieneś wiedzieć, co to jest Aviomarin- odpowiedział mi, uśmiechając się półgębkiem- Nie wyglądałeś tak dumnie i wyzywająco w samochodzie… Delikatny żołądek?
-Tak, oczywiście- odpowiedziałem swoim własnym, opatentowanym uśmiechem.- Chyba nie spodziewałeś się, że tak jak ty pochłaniam codziennie zestaw Hipogryfy dla Niedożywionych? Poza tym, Potter, moja rodzina może sobie pozwolić na karety.
-Och- przez chwilę wydawał się zbity z tropu.
Schował różdżkę i patrzył przez chwilę na podłogę niewidzącym wzrokiem, jakby dopiero teraz zaczął się zastanawiać, jak ja właściwie podróżuję. Przyznałem mu w myślach kolejny punkt za Olśniewający Refleks i pozwoliłem roztrząsać zdumiewającą koncepcję karet, wykorzystując ten czas na kolejną potyczkę z deskami łóżka.
Cztery: zero dla desek, póki co.
W okolicach czwartej minuty skrzypienia z ciemności ponownie dobiegł mnie głos.
-Malfoy.
-Czego? Ja tu próbuję się skupić.
-Ty… znaczy… Parkinson… czy wy… jesteście, mhm…
Podniosłem na niego wzrok, całkowicie dając się zajść od tyłu tej nagłej zmianie konwersacji. Kto by przypuszczał, że podniesie temat Pansy? On?! Co go to właściwie obchodzi?
-Tak- powiedziałem nagle, zaskakując samego siebie i rozkoszując się tym uczuciem wyższości, które szemrało mi, że poznałem coś, o czym Potter zapewne czytał tylko w książkach z rycinami.- Jesteśmy, cokolwiek to nieartykułowane mruknięcie miało w twoim mniemaniu oznaczać.
-Jak długo wy… tego…
-Nic, tylko wręczyć ci puchar Mistrza Elokwencji- rozparłem się na poduszkach; nagle odkryłem, że doskonale się bawię.- Naprawdę nie widzę w tym żadnego twojego interesu… a jeśli miałoby cię to w jakiś sposób obchodzić, wolę tego sposobu nie poznawać. Nie życzę sobie koszmarów.
-Koszmary mamy już chyba zagwarantowane- odparł Potter, podpierając się na łokciu, co wywołało kolejny odcinek Symfonii na Zmurszałe Deski.
W tym samym momencie rozległ się odgłos, jakby ktoś z niesamowitym ferworem stukał czubkiem miotły w sufit (lub w naszą podłogę, zależy od punktu widzenia), a rozeźlony głos warknął krótkie „Spać!”. Potter nie musiał nic więcej dodawać.
Spojrzeliśmy sobie w oczy, nagle połączeni uczuciem wspólnoty w cierpieniu.
-Teraz już chyba rozumiem, dlaczego prawdziwe czarownice nie są specjalnie popularne- szepnął Potter, lekko wstrząsając ramionami.
-Ta kobieta nawet dementorów skłoniłaby do szydełkowania i zabawy w dom- stwierdziłem, drżąc na wspomnienie niedawnych męczarni.- Pewnie Piekło wyrzuciło ją z pracy za zbytnie okrucieństwo.
-Trafił swój na swego- Potter spojrzał na mnie dziwnie- Wiesz, kogo dziwnie mi przypominała?
-A co mnie może obchodzić chore kombinowanie twoich procesów myślowych, oczywiście zakładając hipotetycznie, że je posiadasz?
-Twojego ojca.
Wytrzeszczyłbym na niego oczy, gdyby nie fakt, że Malfoyowie absolutnie oczu nie wytrzeszczają. Patrzą tylko z uprzejmym niezrozumieniem.
Spojrzałem, opuszczając część z uprzejmością.
-Kiedy ostatnim razem widziałem swojego ojca, Potter, nie miał spiczastego kapelusza, włosów jak porzucone gniazdo ani zmarszczek, które mogłyby zastąpić sieć południków i równoleżników. Chyba, że przeoczyłem te małe szczegóły.
-Nie, idioto- westchnął z irytacją.- Jasne, że nie z wyglądu! Chodzi mi o to, jak… patrzy na człowieka. Nawet na ciebie podziałało… nigdy nie sadziłem, że kiedykolwiek zobaczę, jak uginasz się pod wolą jakiejś starej babci.
-Czarownicy, Potter- postanowiłem bronić resztek honoru- To jest różnica.
-Ale mimo wszystko… jak kazała ci przestać lewitować ten kufer i nieść go samemu, to było coś. Myślałem, że usmażycie się nawzajem spojrzeniami.
Uznałem, że nie będę odpowiadać na to zdanie. Trudno było kłócić się o fakty z naocznym świadkiem mojego upokorzenia. Mógłbym zapewne próbować zapomnieć wzrok babci Gravis, jeśli naprawdę bardzo, bardzo bym się starał… ale, jak nagle uznałem, tamte oczy faktycznie miały w sobie coś ze spojrzenia ojca. I Snape’a. I matki… tak. Zdecydowanie sporo z matki.
-Nie rozumiem, czego akurat ona mogłaby mnie nauczyć, skoro nawet nie pozwala mi korzystać z magii- mruknąłem, podciągając kołdrę pod brodę.
-Dumbledore na pewno miał jakieś solidne powody, żeby wybrać akurat ją- odparł Potter, chociaż zapewne nawet dla niego nie zabrzmiało to przekonująco.
-Powiem ci, jakie powody. Jesteśmy na jakimś kompletnym zadupiu, całe mile od cywilizacji. Nikt nas tu nie znajdzie… choćbyśmy nie wiem jak krzyczeli.
-Nie będzie powodów do krzyku, daj spokój… ona ma nas tylko uczyć.
-Dokładnie. Edukacja może na dłuższą metę być zabójcza. Robi człowiekowi wodę z mózgu.
-Co? Co ty bredzisz?
-Nie wiem- przyznałem. Faktycznie nie wiedziałem, a nie był to dobry znak.
Malfoyowie zawsze wiedzą, co mówią, nawet, jak mówią od rzeczy. To charakterystyka zawodu. Po prostu wszyscy inni są za głupi, żeby zrozumieć, co dany Malfoy ma na myśli.
-Jesteś za głupi, żeby wiedzieć, co mam na myśli- oświadczyłem i odwróciłem się plecami do ściany.
Kiedy dryfujesz na wzburzonym oceanie niepewności, najlepiej chwycić się mocno kłody wychowania. W moim przypadku ta kłoda mogłaby podtrzymać całe regimenty Hannibala. Łącznie ze słoniami.
Potter nie zamierzał tym razem kwestionować mojej oświeconej opinii- przez parę minut towarzyszyła mi kolejna część koncertu deskowego, aż została zastąpiona przez subtelne Preludium na Zatkany Nos.
Potter chrapie. No pięknie.
Przynajmniej pościel była ciepła…
W końcu zapadłem w coś, co z braku lepszego określenia należałoby nazwać niespokojnym snem. We śnie śmierdziało kotami.

* * *

Zapewne oczekujecie romantycznego opisu porannego słońca, skradającego się leniwie po deskach podłogi i pieszczącego mi twarz swoim ciepłym blaskiem? Może spodziewacie się także porannego śpiewu ptaków witających nowy dzień? Pewnie i podmuch ożywczego, górskiego wiatru znalazłby tutaj dla siebie miejsce…
No cóż. Rozczaruję was.
Obudziło mnie skrobanie.
Kiedy otworzyłem oczy, żeby zobaczyć, czemu mam wrażenie, że po twarzy chodzi mi tłusty szczur, zobaczyłem, że istotnie, po mojej twarzy chodzi tłusty szczur. Pokiwał wąsami na mój widok, jakby mówiąc „Wybacz, stary, pomyliłem cię z kawałkiem sera, zdarza się”. Przekręcił łepek, kiedy desperacko próbowałem przypomnieć sobie, jakim cudem, do licha ciężkiego, budzę się z widokiem pary czerwonych oczu wpatrzonych we mnie ze stanowczo zbyt małej odległości.
Wtedy Potter zachrapał, a realizacja uderzyła z siłą wyścigowych rydwanów.
Szczur zdążył tylko pisnąć, kiedy poderwałem się do wpół-przysiadu i gwałtownie otuliłem się kołdrą. Faktycznie, było górskie powietrze. Sprawiło, że dygotałem jak nieustannie poszturchiwana porcja galarety.
Nie wiem, jak długo mordowałem spojrzeniem swoje najbliższe otoczenie i sarkałem w duchu na wszystko, co doprowadziło mnie do obecnej sytuacji; może godzinę, może parę minut. Żaden zegar na gołych ścianach nie przyszedł mi z pomocą, a jedynym wyznacznikiem godziny mogło być niebo- przez spuszczone zasłony połyskiwało nieśmiało światło poranka. W końcu, bo ciężkiej bitwie z samym sobą, wygrałem- zsunąłem nogi z łóżka, bardzo powoli i ostrożnie, po czym boso, trzęsąc się z zimna i z całych sił próbując powstrzymać szczękanie zębów, wypakowałem w miarę ciepłe ubranie i zacząłem schodzić na dół.
Nikogo nie było- chatka czarownicy, do której okrutny los rzucił mnie ostatniej nocy, wydawała się tak cicha i uśpiona, jak gdyby jej jedynymi mieszkańcami były szczury.
I Potter, chrapiący beztrosko na górze. Też się liczył.
Rozglądając się wokół i przecierając co chwila oczy, obszedłem parter i- nie napotkawszy nikogo, kto mógłby dać mi jakieś wskazówki odnośnie drogi do łazienki- wyszedłem na dwór.
Po paru sekundach odkryłem, że być może ten pomysł nie miał szansy na trofeum w dziedzinie trzeźwego myślenia.
Lodowaty chłód natychmiast przeszył wszystkie moje kości, a mokra od rosy i nocnego deszczu trawa ani trochę nie poprawiła tego wrażenia. Z całej siły przycisnąłem ubranie do piersi, ale nie cofnąłem się- pewne standardy trzeba w końcu utrzymać. Gdybym tak po prostu nie umył się rano, mógłbym równie dobrze pozwolić, żeby świat zatańczył quickstepa na mojej głowie. Trzeba było w tym wszystkim zachować szczątkowe elementy normalności.
Zagryzłem zęby i zrobiłem parę kroków przed siebie, w kierunku niewielkiego zbocza przed sobą. Był tam las, były też góry. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem pod sobą średniej wielkości dolinę; w jej czułych objęciach, wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi, umościła się niewielka wioska.
Miejsce, gdzie czas się zatrzymał… chatka czarownicy, rasowa chatka czarownicy… z prawdziwą czarownicą w środku…
A zaledwie parę dni temu spałem stosunkowo spokojnie w moim łóżku, w lochach…
-Ranny ptaszek z ciebie, Draco.
Muszę mu to przyznać- głos Lupina tuż przy moim uchu sprawił, że niemal połknąłem własny język. Odwróciłem się z wściekłością, żeby zakomunikować światu, co myślę o moim obecnym położeniu i zobaczyłem, że wilkołak stał przede mną półnagi, szeroko uśmiechnięty i mokry, jakby właśnie odbył odświeżającą kąpiel w basenie z jacuzzi. Na sam jego widok, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, zrobiło mi się jeszcze zimniej.
-Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć- powiedział ugodowo, wznosząc uspokajająco ręce.
Cofnąłem się parę kroków.
-Szukasz czegoś?- nie ustępował Lupin; facet miał irytującą tendencję do bycia miłym nawet dla ludzi, którzy mieszali go z błotem przy każdej okazji. To musiało mieć coś wspólnego z genami, postanowiłem.
-Łazienki- mruknąłem, starając się zmusić własne zęby do porządku.- Gdzie jest… babcia Gravis? Śpi?
-Och, nie, na pewno nie. W końcu mamy już… która to godzina… w pół do szóstej. Według babcinych standardów zbliża się pora lunchowa.
Udałem, że tego nie słyszałem. Tak było najbezpieczniej.
-Harry jeszcze śpi?
-Tak. O tak. Szczerze mówiąc, dziwne, że tutaj go nie słychać.
Uśmiechnął się szerzej, jakby moje słowa były najzabawniejszym żartem, jaki usłyszał od tygodnia. Słowo daję, ten facet naprawdę był dziwny.
-Wiesz, z łazienką będzie trochę trudno. Babcia bierze solidną kąpiel prawdopodobnie raz do roku… ale nie bój się, jest miejsce, gdzie możesz się nieco ochlapać.
-Tak?- spytałem podejrzliwie, bojąc się tego, co nadchodziło.
Lupin wyciągnął rękę i wskazał kierunek, z którego przyszedł. Podążyłem za jego palcem…
…pompa. Pompa na tyłach domku. Było też koryto. I studnia. Jedyne, czego brakowało w tym sielskim obrazku rdzennej wsi, to świnie.
O nie. Nie. Nie. Nie. To się nie może dziać naprawdę. Ja protestuję. Ja chcę do cywilizacji. Ja się nie będę mył pod pompą. W korycie. Nie. Po prostu nie. Ja już państwu podziękuję. Tak, było mi bardzo miło, a teraz żegnam uprzejmie, znikam tam, gdzie prawdopodobieństwo, że wdepnę w coś wiejskiego, będzie mniejsze o jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Mam dość. Mam cholernie, absolutnie, bezwzględnie, radykalnie, nieodwołalnie dość.
Czy cały świat koniecznie uparł się, żeby z mojego życia uczynić piekło? Czy ktoś tam na górze świetnie się bawił?
Tego wszystkiego było stanowczo za dużo…
-Draco? Wszystko w porządku?
Spojrzałem w te duże, szczere oczy, ale nie znalazłem tam nic oprócz pewnego rodzaju troski. Wiedziałem, że tutaj znikąd nie będę mógł oczekiwać pomocy. Byłem sam.
Westchnąłem i ciaśniej okryłem się cienką piżamą.
-Nie przypuszczam, że ma pan mydło?

Mam teraz w domu urwanie głowy. Dlaczego? Dlatego, że dopiero teraz, kiedy sierpień wkroczył do naszego domu ciężkimi butami, zdałam sobie sprawę z tykania zegara. Bardzo głośnego tykania, które mówi mi z każdą sekundą- masz o sekundę mniej do wyjazdu. A do załatwienia jeszcze trochę zostało, dlatego nie piszę często. Po prostu, jakkolwiek smutno mi to mówić, muszę ustalić priorytety. A blogi, chociaż kocham je wszystkie całym sercem, nie mogą nimi być- przynajmniej dopóki cała ta sprawa z Rotary się nie ustabilizuje. Proszę o wyrozumiałość tych, którzy jeszcze się nie zniechęcili i zaglądają tu od czasu do czasu. Jeszcze trochę cierpliwości! A przy okazji, zapraszam wszystkich serdecznie na Forum Miłośników Blogów Draco Maleficium, którego adres umieszczam w linkach. Bardzo miłe miejsce!

Na domiar złego, jak gdyby chcąc jeszcze bardziej powiększyć dramatyzm sytuacji i podkreślić moją beznadziejną pozycję, chmury założyły konspiracyjny spisek i umówiły się, że nagle wszystkie hukną deszczem akurat w miejscach, które mijał sfatygowany już, mugolski wehikuł, który miał ten zaszczyt zawierać w sobie moją osobę.
Krótko mówiąc: padało.
Samochód poruszał się topornie przez rozwodniony deszczem, górski trakt, który nawet w stanie suchym prezentowałby sobą nie lada wyzwanie; jako brudne, usiane kamieniami i gałęziami błoto, przypominał potwora z bagien próbującego połknąć w całości te gumowe ochraniacze, które Lupin nazywał oponami.
Nie znałem tej drogi, ale już dawno zarzuciłem próby zapamiętania jej na rzecz prób pozostania w pozycji pionowej, a przynajmniej tak pionowej, na jaką pozwalał trzęsący się i kołyszący bezlitośnie pojazd. Starałem się też rozpaczliwie ignorować tą nieprzyjemną pustkę w żołądku, która sugerowała, że wszystko, cokolwiek dzisiaj jadłem, niedługo podejmie zdecydowane próby wyzwoleńcze – prawdopodobnie na podłogę samochodu.
Pojazd podskoczył bez ostrzeżenia na jakimś większym kamieniu – stłumiłem przekleństwo i gwałtownie przycisnąłem dłoń do ust. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem było mi tak niedobrze.
Tymczasem Potter i Lupin, błogo nieświadomi stanu swojego pasażera na tylnym siedzeniu, pogrążeni byli w rozmowie, której już parę godzin temu przestałem się przysłuchiwać.
-Jeśli ta burza będzie nam towarzyszyć przez całą drogę, obawiam się, że czeka nas spore opóźnienie – stwierdził pod nosem wilkołak, a ja jęknąłem głucho w odpowiedzi – Możliwe, że będę musiał wybrać okrężny objazd.
Nie! Nie, błagam, tylko nie to! Ja chcę już wyjść, ja chcę wolności, ja chcę świeżego powietrza, ja chcę papierowej torebki!
Miałem dziką ochotę wykrzyczeć to wszystko na głos i tylko obawa, że zwymiotuję, kiedy tylko otworzę usta, powstrzymywała mój język przed wyrażeniem owego niezadowolenia.
-Nie rozumiem, dlaczego nie możemy po prostu użyć świstoklika – odezwał się Potter, za co momentalnie zapragnąłem go ozłocić – Z pewnością to byłoby… szybsze. I mniej bolesne.
-Właśnie – zdołałem słabym głosem wybełkotać – Dumbledore o tym nie pomyślał?
-Gdyby to było takie proste, chłopcy – westchnął szczerze Lupin – Niestety, region, który zamieszkuje babcia Gravis, jest dosyć… specyficzny w swej naturze. Widzicie… szkockie góry są pełne niezbadanych, tajemniczych regionów, gdzie mugole jeszcze nie dotarli. Hogwart wykorzystuje właśnie jeden z takich niedostępnych obszarów. Takie miejsca są niezwykle dogodne dla użytkowników magii, gdyż zostało już niewiele terenów, gdzie moglibyśmy się ukryć. Mugole, prędzej czy później, docierają wszędzie… Ale wracając do tematu: babcia Gravis mieszka w miejscu w pobliżu wioski Oldfool, gdzie pełni rolę swoistej wioskowej czarownicy.
-Wioskowej czarownicy?- powtórzył Potter- Ale ja myślałem, że Hogsmeade to jedyna wioska zamieszkana przez czarodziejów! Czarownica objawia się mugolom?
-Tak było w średniowieczu, ty ignorancki idioto- mruknąłem słabo; chęć okazania własnej wyższości na moment przebiła sobą rewolucje natury żołądkowej – Czarownice były w powszechnym poważaniu wśród wieśniaków, jako jedyne kobiety znające się na ziołach i leczeniu. Oczywiście, budziły też strach, ale były dość powszechnym zjawiskiem… do czasów Inkwizycji, oczywiście. Od tamtej pory prawdziwych czarownic już nie ma.
Takie długie przemówienie okazało się dla mnie samodestruktywne; rozpaczliwie rzuciłem się do okna, otworzyłem je i wystawiłem głowę na zewnątrz, na siekące bicze deszczu. Jednak oczekiwana eksplozja żywieniowa nie nastąpiła. Odświeżywszy się nieco, wycofałem się z powrotem do znienawidzonego samochodu i zostawiłem okno nieco uchylone – tak, żeby powstrzymać deszcz, ale żeby wpuszczać do środka świeże powietrze.
Nareszcie, westchnąłem głucho. Namiastka wybawienia.
-Jak to: czarownic nie ma?- spytał Potter z głupia frant – Przecież w samym Hogwarcie uczą się ich z setki!
-Chodzi ci o czarodziejki, Harry –poprawił Lupin, zanim sam zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć – Żeńskie odpowiedniki czarodziejów. Draco mówił natomiast o prawdziwych czarownicach, tych, dla których nie starczyło już miejsca w dzisiejszym porządku świata. To coś zupełnie innego. Widzisz, Harry, czarownice… to dosyć specyficzny gatunek. Jak nikt znają się na ziołach, na leczeniu, także na rzucaniu klątw, o których pełno jest w ludowych podaniach. Jak wiesz, oskarżano je o „maleficium”, czyli, krótko mówiąc, o czynienie wszystkiego, co złe. Sam termin nie ma dosłownego tłumaczenia, ale oznacza właściwie wszystko, co złe, a głównie właśnie klątwy. Jednak czarownice nie tym się wyróżniają: mają swoją własną, odrębną magię, która niemal w niczym nie przypomina naszej. Jest to magia ludzkich umysłów.
-Ale prawdziwych czarownic już się nie spotyka- wtrąciłem, czując się trochę pewniej – Nikt nie widział ich od setek lat.
-Masz rację, zostało ich bardzo niewiele. Jednak istnieją, i właśnie do jednej z nich zmierzamy.
Było to bardzo dziwne, tak nagle zdać sobie z tego sprawę; zupełnie, jak gdybym nagle stanął twarzą w twarz z ptakiem Dodo. Jednak w tym momencie samochód podskoczył dziko i zakołysał zdradliwie, co odsunęło moje myśli od czarownic w regiony zbliżone do niedawno zjedzonej kanapki z szynką.
-Dlaczego więc Dumbledore uważa, że będzie ona dla nas najlepszym nauczycielem?- drążył Potter, którego żołądek był chyba zrobiony ze stali – Skoro jej magia jest zupełnie inna…
-Jak poznasz babcię Gravis, sam się przekonasz – Lupin uśmiechnął się tajemniczo, co dostrzegłem w lusterku.
-No dobra, ale to nie tłumaczy, dlaczego nie możemy się tak po prostu aportować- warknąłem, łapiąc się za brzuch i ponownie podtykając głowę pod okno.
Ten cholerny zapach samochodu wydawał się osobiście kręcić mi w głowie i w brzuchu. Modliłem się do niczego konkretnego, żebyśmy jakimś cudem byli już na miejscu.
-Ponieważ babcia wiedziała doskonale, gdzie osiąść i jak bronić się przed niechcianymi wpływami, Draco – odparł Lupin tym swoim irytującym, lekkim tonem – Wioska Oldfool od wieków chroniona jest zaklęciami, które uniemożliwiają niemal kontakt ze światem zewnętrznym. Drogą magiczną się tam nie dostaniesz. Nawet zwyczajnymi sposobami jest trudno, jeśli człowiek nie wie, czego szuka i nie zna drogi. Co dziwne, mieszkają tam mugole… W zasadzie cała wioska jest tak jakby zawieszona w czasie, a ma to wiele wspólnego z pewną klątwą rzuconą na tę miejscowość w średniowieczu. Ludzie ciągle żyją tam tak, jak żyli w Mrocznych Wiekach… i cały czas mają swoją wioskową czarownicę. Zawsze była tam jakaś czarownica- tylko osoby się zmieniały.
-Czy coś takiego w ogóle jest możliwe?- zastanowił się Potter.
-Owszem, i zobaczycie to na własne oczy już niedługo, o ile pogoda nas nie opóźni. Wtedy przyznacie, że klątwa okazała się jednak swego rodzaju błogosławieństwem… Niewiele jest miejsc, których przyszłość nie zdołała wchłonąć i zanieczyścić swoimi mackami, a Oldfool jest właśnie jednym z nich.
Nie dane mi było poświęcić się kontemplacji tej, jakże głębokiej i poruszającej, sentencji; kiedy ten przeklęty samochód podskakiwał, kołysał się i rzęził odgłosami przypominającymi niepokojąco przedśmiertne charczenie, moje myśli biegały na przemian od rozpaczliwego pragnienia nie-wymiotowania do zaskakującego odkrycia wioski, dla której czas się zatrzymał.
Jechaliśmy w ciszy przez następne pół godziny; Lupin skupił się na jakimś wyjątkowo trudnym odcinku drogi, a Potter zabawiał się niezwykle inteligentnie, stukając różdżką w tablicę rozdzielczą. Powoli mijał etap nieśmiałego zmierzchu, herolda zapowiadającego sobą Jej Wysokość Noc, i oto sama ona podbijała właśnie kolejne regiony pochmurnego nieba swoim czarnym cieniem. Krople deszczu niczym srebrne włosy bogiń lśniły w światłach samochodu, uderzając w szyby i nieco tłumiąc swoim szumem rzężenie samochodu. W oddali zahuczał grom, który sugerował, że to, co nękało nas teraz, to zaledwie preludium i że główna atrakcja nocnego koncertu dopiero przed nami.
Spróbowałem skupić myśli na tej symfonii, na rytmie wystukiwanym przez krople deszczu i przez znudzonego Pottera. Byle nie patrzeć na kolejny zakręt, na jeszcze jeden kamień, na wąwóz, od którego dzieliło nas ledwie parę wątłych drzew…
Świeży zapach nadchodzącej nocy, przemieszany z orzeźwiającą wonią deszczu i odurzającym zapachem lasu przez moment pozwolił mi zapomnieć o zapachu wewnątrz samochodu, od którego kręciło mi się w głowie, a żołądek stanowczo protestował.
Pomyślałem o zapachu Pansy, przywodzącym na myśl dzikie bratki rozsiane na jakiejś rozległej łące. Potem przypomniałem sobie zapach matki, kojarzony z wonią róż z rodzinnego ogrodu. Jej delikatne ręce, kiedy czesała moje włosy na kamiennej ławce wśród róż…
Sugestywny zapach wody kolońskiej mojego ojca, delikatny i wymowny niczym morze, kiedy zbliżał się do mnie na tyle, że byłem w stanie poczuć każdą nutkę na jego ciele…
Ojcze, gdzie jesteś? Co robisz, o czym myślisz w tym momencie, kiedy ja walczę z własnym żołądkiem zmierzając do jakiejś czarownicy, podczas gdy właśnie teraz mógłbym być w zamku, z przyjaciółmi, gdyby nie twoja… ambicja? Czy myślisz o mnie, o matce? Czy może o tym, żeby przeżyć, żeby zachować godność tam, gdzie jest ona bezlitośnie deptana?
Myśl o buncie śmierciożerców przerażała mnie, a jednocześnie napawała nadzieją i słusznym gniewem, że nie nastąpiło to wcześniej. Być może to wszystko skończy się szybciej, niż wszyscy przewidywali, i to tym razem nie Potter będzie bohaterem, ale ci, których społeczeństwo już dawno uznało za wyklętych… Jaka miała być w tym moja rola? Czy, napełniony mocą Necronomiconu, miałem ostatecznie pomóc mojemu ojcu obalić Voldemorta i odzyskać pozycję?
Potrząsnąłem głową i powróciłem duchem do obserwowania kropel spływających fantazyjnymi zygzakami po szybie. Nic mi nie przyjdzie z tych myśli… chyba tylko tęsknota i żal.
Na żadne z tych uczuć nie było miejsca ani czasu.

* * *

-Mój Boże, Draco, źle się czujesz?- spytał nagle Lupin.
Uniosłem nieznacznie głowę, przyciskając dłoń do ust, i nieznacznie skinąłem. Nie miałem siły odezwać się choćby słowem.
Jechaliśmy już tak długo, że siedzenie bolało mnie niemiłosiernie i miałem wrażenie, że próbuje stracić czucie i wsiąknąć w resztę ciała- dość krępujące wrażenie.
Potter odwrócił się i spojrzał na mnie przez ramię, uśmiechając się nieprzyjemnie. Nagle zacząłem się zastanawiać, czy nie zwymiotować mu w twarz.
Z pewnością byłby zaskoczony.
-Choroba lokomocyjna…- mruknął wilkołak- Mogłem to przewidzieć, w końcu jesteś nieprzyzwyczajony do jazdy samochodem… Masz uchylone okno?
Ponownie skinąłem głową. Potter sprawiał wrażenie, jakby chciał powalić mnie jakimś błyskotliwym tekstem, ale zamiast tego postanowił w milczeniu napawać się moją torturą.
Zanotowałem sobie w pamięci, żeby zemścić się na nim przy najbliższej okazji. Kiedy już staniemy na własne nogi.
-Harry, otwórz ten schowek przy nogach, są tam takie miętowe pastylki…- mruknął Lupin- Tak, te. Daj je Draconowi. Powinny ci pomóc.
Wymamrotałem coś, co w przybliżeniu można było uznać za formę podziękowania, i wsadziłem sobie miętowe pastylki do ust. Faktycznie, nagle zrobiło mi się świeżo, a świdrowanie w brzuchu jakby zaczęło się cofać w dół, ustawać… Jednak w dalszym ciągu bałem się otworzyć usta.
-Nie martw się, już prawie jesteśmy na miejscu- powiedział wilkołak.
Nie wiem, co on miał na myśli, mówiąc „niedługo”, bo dopiero po następnej godzinie poczułem, że samochód hamuje. Już zacząłem się bać, że będziemy musieli wyjść na zewnątrz i pchać (czego nie miałem najmniejszego zamiaru robić), ale Lupin nagle rozpiął pasy i rozciągnął się na siedzeniu z zadowolonym westchnieniem.
-No, chłopcy, jesteśmy- zakomunikował radośnie, otwierając drzwi.
Deszcz przestał padać i tylko delikatna mżawka zmoczyła nasze peleryny, kiedy wszyscy trzej wygramoliliśmy się na zewnątrz w towarzystwie trzasku protestujących gwałtownie stawów. Całą piersią zaczerpnąłem świeżego powietrza, od którego nagle zakręciło mi się w głowie; nareszcie!
Kiedy podeszliśmy do bagażnika i zaczęliśmy wyładowywać nasze bagaże, nagle tuż przy moim uchu usłyszałem głos; brzmiał, jakby jego właściciel zjadł całą ciężarówkę octu i popił sokiem wyciśniętym z cytryny. Niemal podskoczyłem, kiedy ten głos oznajmił z wyrzutem:
-No wreszcie. Cholernie długo wam to zajęło.

Wybaczcie, jeśli czujecie się zaniedbywani… po prostu potrzebowałam trochę oddechu, trochę, jakby to powiedzieć… oczyszczenia myśli i naładowania się nowymi pomysłami? Tak, coś w tym guście… no i ostatnio byłam dosyć zajęta :P Poza tym obecnie jestem na tak zwanym „escaflowne’owym” kicku. Oglądaliście „Vision of Escaflowne”? Nie? Żałujcie. Tak? To wiecie, o co mi chodzi ^^ Ja oglądałam już dawno, ale tak jakoś wróciłam do tego, obejrzałam wszystkie odcinki na VHS i teraz mam w głowie sporo psychopaty z miotaczem ognia… Pozdrowienia dla fanek/ów Dilandau! ;) Jeśli zauważycie jakieś wpływy powyższego, są niezamierzone. Mniej więcej. Carpe jugulum! (ale nie mnie, jeśli łaska ^^).

Czy wspominałem już, że nie znoszę, jak ktoś mnie budzi? Jeśli nie, to właśnie wspominam: nie znoszę, jak ktoś mnie budzi. Generalnie, jeśli chodzi o przebudzenia, jestem z zasady przeciwny. Gdyby to było możliwe, przeskakiwałbym od razu ze snu do pełnej przytomności, bez żadnych etapów pośrednich.
Tego ranka jeszcze mocniej utrwaliłem w sobie to przekonanie.
Poczułem, że ktoś mnie szturcha. Delikatnie na początku, potem ze wzmożoną niecierpliwością, ale jednak ostrożnie, jakby szturchający obawiał się, że za chwilę skoczę mu do gardła.
Miałem szczerą ochotę zrobić dokładnie to.
Przewróciłem głowę na drugą stronę, nie otwierając oczu. Przez moją głowę powoli zaczęły przewijać się wspomnienia minionej nocy, które sprawiły, że tym bardziej chciałem udawać spetryfikowanego. Pansy… O matko. Jak powinno się rozmawiać z osobą, która jeszcze do niedawna była twoją przyjaciółką, a nagle stała się kochanką? Czy wystarczy krótkie „Dzień dobry, jak się czujesz?”. Czy ona jeszcze tu jest? A może to ona właśnie próbuje mnie obudzić, szturchając niestrudzenie moje ramię?
Nagle poczułem, że szturchający ma dość; uszczypnął mnie boleśnie, sycząc:
-Na litość, Malfoy, obudź się wreszcie!
Natychmiast otworzyłem oczy i podniosłem się na łokciach. Chwilę trwało, zanim mój wzrok odzyskał pełną sprawność, ale wtedy uznałem, że chyba jednak wolałem ten skaczący i rozmazany obraz od widoku, którym mnie uraczono.
Potter siedział sobie na moim łóżku jakby nigdy nic i patrzył na mnie z miną, której chyba uczył się z marnych filmów gangsterskich. Miałem wrażenie, że za chwilę sięgnie do kieszeni i zapali cygaro o filar łóżka.
-Co ty tu…-zacząłem gniewnie i znieruchomiałem; nagle uświadomiłem sobie grozę sytuacji.
Już nie chodziło tylko o to, że byłem świeżo po przebudzeniu, a moje włosy (delikatnie mówiąc) nie były w najlepszym stanie; nawet nie o to, że byłem kompletnie nagi. Pansy leżała przy mnie, równie naga, przykryta jedynie cienką kołdrą. Spała jeszcze, o ile mogłem stwierdzić, nie patrząc na nią. Wciąż czułem jej smukłe nogi ocierające się o moje, jej ciepłą rękę na mojej piersi, jej włosy łaskoczące ramię, jej równomierny oddech na skórze.
Potter widział nas, śpiących razem. Nagich. Nie trzeba było specjalnego geniuszu, żeby stwierdzić, że raczej nie urządziliśmy sobie sesji wspólnego odrabiania domówek.
Cholera, wpadłem…
Przybrałem najgroźniejszą z min w swoim repertuarze i pochyliłem głowę tak, żeby nie widział mojego zakłopotania.
-Jeśli chociaż spróbujesz komuś powiedzieć…-zacząłem niskim szeptem, który zazwyczaj sprawiał, że pierwszoroczniaki naciągały kołdry na głowy.
-Malfoy…- Potter najwyraźniej próbował ukryć własne zdenerwowanie- Naprawdę nie obchodzi mnie, z kim się bzykasz i kiedy. To twoja sprawa. Ja mam cię tylko obudzić i powiedzieć, żebyś się pospieszył, bo Lupin już czeka na dziedzińcu.
Wstał, nie patrząc na mnie, a ja odprowadziłem go do drzwi morderczym spojrzeniem. Kiedy wyszedł, opadłem na poduszki i ukryłem twarz w dłoniach.
No tak, Lupin czeka… Zapakują mnie do jakiejś rozklekotanej kolaski, razem z Potterem i wilkołakiem, i wywiązą gdzieś na pustkowie… Idealne rozwiązanie, Dumbledore, uśmiechnąłem się gorzko pod nosem. Tak, wywieźcie mnie gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie, gdzie nie dotrą do mnie śmierciożercy, gdzie ja sam nie będę mógł nikogo skrzywdzić… I niech Złoty Chłopak razem z tym swoim zapchlonym kundlem pilnują każdego mojego kroku.
Matka miała rację. Tu chodziło tylko o politykę, nieważne, jakie bajeczki chciał nam wcisnąć ten stary, niekompetentny dureń.
Wstałem niechętnie, ostrożnie odsuwając od siebie Pansy. Westchnęła cicho przez sen i przewróciła się na plecy; uśmiechnąłem się czulej na jej widok. Pochyliłem się do jej ucha.
-Dziękuję- szepnąłem, odgarniając jej włosy z twarzy.
Uśmiechnęła się przez sen.

* * *

Nie spieszyłem się.
Wziąłem prysznic, chwilę zastanawiałem się nad wyborem stroju, ubrałem się niespiesznie, uczesałem, zaklęciem spakowałem wszystkie rozrzucone wczoraj po pokoju ubrania. Dopiero wówczas, kiedy zapiąłem pod szyją czarną wełnianą pelerynę podróżną, leniwie wylewitowałem w górę swój kufer i cicho wyszedłem z dormitorium.
Ziewałem przeciągle, mijając uśpione korytarze, różdżką manewrując przed sobą kufer. Mogłem to robić samymi tylko rękami, ale wolałem nie ryzykować- nie miałem ochoty na podejrzliwe spojrzenia i wykłady z samego rana.
Dochodziła piąta.
Zakląłem pod nosem, mijając lustro; nie byłem stworzony do wczesnego wstawania. Oczy zamykały mi się same, jakby zlepione wyjątkowo lepkim magnesem. Poza tym, pomyślałem sobie z dziwną i ponurą satysfakcją, po wczorajszej nocy chybia miałem prawo czuć się nieco… zużyty… tak, to chyba dobre określenie.
Uśmiechnąłem się lekko do siebie, tłumiąc kolejne ziewnięcie. W głębi serca podejrzewałem, że swój pierwszy raz przeżyję właśnie z Pansy, czy mi się to podoba, czy nie. Ale nie przypuszczałem, że to nastąpi tak szybko. I tak… naturalnie.
Tak… teraz czułem się naprawdę dorosły. Uzyskałem wstęp do tych obszarów, które wcześniej pozostawały zamknięte za srebrną kłódką. To więcej, niż doświadczyła większość wokół mnie.
Odkryłem, że podobało mi się to uczucie.
I seks… tak. Seks też mi się podobał.
Na dziedzińcu powitała mnie chłodna, poranna mgła, wilgotna od unoszącej się w powietrzu rosy, niesiona delikatnym wiatrem. Odetchnąłem głęboko, czując, jak moje płuca powoli wypełniają się tym ożywczym powietrzem. Świeży zapach poranka…
Nagle byłem w stanie zrozumieć, czemu niektórzy lubili tak wcześnie wstawać.
-No, wreszcie- odezwał się przyjazny głos przy moim uchu- Już zastanawiałem się, czy przypadkiem nie miałeś jakiegoś wypadku po drodze.
Nie odwróciłem się nawet; nie musiałem.
-Dzień dobry, profesorze Lupin- odparłem z przesadną kurtuazją- Ufam, że trwa pan w dobrym zdrowiu- dodałem sarkastycznie.
Mężczyzna w starej szacie nie zwrócił uwagi na mój ton; położył rękę na moim ramieniu i poprowadził na środek dziedzińca, gdzie faktycznie stał powóz, jednak daleki był od wszelkiej definicji powozu, jakie uznawała rodzina Malfoyów.
Mugolski samochód.
Szlag. Ja mam niby podróżować czymś takim? Ja?! To chyba jakiś żart…
-Bez dyskusji, Draco- usłyszałem za plecami głos Snape’a; facet chyba czytał w moich myślach.
-Przyszedł pan nas pożegnać, profesorze?- spytałem ze słodyczą, a on tylko spojrzał na mnie chłodno.
-Uważaj na siebie i nie zrób jakiegoś głupstwa- ostrzegł mnie, a Lupin uśmiechnął się do nas obu, otwierając drzwi.
-Nie ma obawy, Severusie- odparł pogodnie- Znam drogę bardzo dobrze, nic nam nie będzie.
-To ma mnie niby uspokoić, Lupin?- spytał Mistrz Eliksirów, a ja stłumiłem parsknięcie.
Lupin jednak dzielnie nie dał się zrazić. Sprawiał wrażenie, jakby dobre samopoczucie było wbudowane w jego kości.
-No, Draco, kufer do bagażnika- ponaglił mnie ręką- Harry już siedzi w środku.
-Och, wspaniale- mruknąłem, kierując swój kufer do czegoś, co on nazywał „bagażnikiem”- To jest bezpieczne?
-Absolutnie- zapewnił mnie wilkołak- Będę prowadził.
-Aha- przyznałem niepewnie, podchodząc do pojazdu- To dobrze?
-Wsiadaj, wsiadaj.
Przytrzymał mi tylne drzwi, a ja wgramoliłem się niepewnie do środka. Potter spojrzał na mnie dziwnie z przedniego siedzenia, ale nie odezwał się słowem. Uśmiechnąłem się pogardliwie. Mogłem się domyślić, o czym w tej chwili myślał.
Rozejrzałem się po wnętrzu. Samochód był spory, a siedzenia w miarę wygodne, a jednak czułem się w nim dziwnie, jakby stłamszony. Jakbym… zdradzał tradycję.
Malfoyowie jeżdżą karetami. Tak było zawsze. Nawet, kiedy rodzice odbierali mnie z peronu, przyjeżdżali powozem- zaczarowanym tak, by wyglądał, jak mugolska limuzyna. Dziwnie było siedzieć w czymś, co ani trochę nie pachniało końmi.
Lupin zamienił jeszcze parę słów ze Snape’em, po czym wsiadł na siedzenie kierowcy. Przekręcił kluczyki i nagle samochód zaczął wydawać z siebie pomruk, który przypominał smoka drapanego po brzuchu. Odwróciłem się w stronę okna; Snape patrzył na mnie bez słowa, ale mogłem dostrzec w jego nieruchomych oczach, że coś go trapi.
Czyżby się o mnie martwił…? Cóż, nie byłby to pierwszy raz…
Ruszyliśmy, a samochód podskakiwał chwilę na nierównej, ubitej ścieżce prowadzącej do zamku. Severus zniknął z pola widzenia, a ja z głuchym westchnieniem usadowiłem się na tylnym siedzeniu i spróbowałem ignorować hałas pracującej maszyny, który w dziwny sposób mnie drażnił.
Uchyliłem okno, żeby wpuścić trochę tego świeżego zapachu, który wprowadzał nieco otuchy. Samochód cuchnął sztucznością, plastikiem. Nowoczesnością.
Podczas tej jazdy stwierdziłem, że nowoczesność plasuje się wśród tych wielu rzeczy, których nienawidzę.

Zauważyłam, że parę osób pytało się o moją znajomość niejakiego „Artemisa Fowla”. Otóż czytałam pierwszą część, ale tylko tyle, bo książka średnio mi się podobała. Szczerze mówiąc: mniej niż średnio, ale cóż, gusta są różne. Nie wiem, co mogłoby wywołać skojarzenia, chyba ten Butler ostatnio… Ale pojawienie się tego nazwiska w przedostatniej notce miało zupełnie inne źródło: ja uwielbiam wprost aktora Gerarda Butlera! A że nazwisko oznacza „kamerdyner” pomyślałam „A czemu by nie?”. Ale o „Fowlu” w ogóle nie myślałam, pisząc to opowiadanie, więc jakiekolwiek zbieżności są niestety przypadkowe. Tak. A wywiad czytałam już jakiś czas temu, choć miło było zerknąć na niego w języku rodzimym :)

Bez wdawania się w zbędne szczegóły powiem tyle, że choć matka starała się, jak mogła, wskórała tylko tyle, że teraz wszyscy w zamku wiedzieli o moim „specjalnym stanie”.
Osobiście nie uważałem tego za coś złego. Przyjemnie było, idąc korytarzem, ściągać na siebie lękliwe spojrzenia wszystkich mijanych uczniów. O tak. Wreszcie czułem się tak, jakby wszyscy okazywali mi ten rodzaj szacunku, jaki wielokrotnie wcześniej widziałem okazywany ojcu. To było… nowe. Czułem, jak pod tymi spojrzeniami moja, krzywdzona przez te wszystkie lata szkoły i poniewierana, ambicja wychyla się znowu, jak smok wyglądający zza skały, oczekując na właściwy moment do ataku. A moc krzyczała w moich żyłach, kłębiła się gdzieś w ciemności umysłu, wzbudzała niemal ekstatyczne dreszcze. Nagle czułem się tak, jakby jednym skinieniem palca mógł sprowadzić burzę.
Nawet nie starałem się powstrzymać uśmiechu, kiedy razem z moją matką i Snape’em szliśmy przez główny korytarz w kierunku dziedzińca. Było to o tyle dziwne, że przecież nie usłyszałem nic dobrego: perspektywa spędzania weekendów w towarzystwie Złotego Chłopca, śmierdzącego wilkołaka i jakiegoś starego pudła w spiczastym kapeluszu wciąż unosiła się przede mną jak widmo, ale… ale te spojrzenia… te nerwowe ruchy… te szepty wokół mnie… To niesamowite uczucie energii przepływającej przeze mnie, krążącej razem z krwią… nagle wszystkie moje zmysły stały się niezwykle czułe.
Nawet powietrze zdawało się świerzbić w skórę.
-Przestań.
-Co?- obejrzałem się na Severusa, idącego z mojej prawej strony.
-Przestań. Opanuj się. To w niczym nie pomoże.
-Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi- szepnąłem, zerkając z ukosa na grupkę drugoklasistek, które natychmiast zacieśniły swój krąg. Uśmiechnąłem się zalotnie. Efekt sprawił, że niemal roześmiałem się w głos.
-Severus ma rację, Draco- syknęła moja matka- Im mniej będziesz korzystał z tego przeklętego „prezentu”, tym lepiej.
-Przecież nic nie robię- wzruszyłem ramionami, obserwując z zadowoleniem, jak jakiś piątoklasista nerwowo poluzowuje kołnierz mundurka.
-Ale czujesz.
-Co?
-Czujesz. To tak… jakbyś… nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. Ale przyciągasz.
Tym razem roześmiałem się cicho- to było zbyt absurdalne.
-Przyciągam- powtórzyłem.
-To nie jest zabawne!- warknęła kącikiem ust moja matka- Chcę,, żebyś za jakiś czas przyjechał do domu. Przyślę ci sowę, kiedy to ma nastąpić. Wtedy… coś ci pokażę.
-Czy będzie to miało coś wspólnego z zamkniętym pomieszczeniem lochów, z którego ojciec pogonił mnie kiedyś niemal kopniakami?- spytałem z przebiegłym uśmiechem, przechylając głowę w jej stronę.
-Możliwe- wbiła wzrok przed siebie.
-Powiedziałem mu o księdze- wtrącił Severus- Lucjusz chyba sam miał taki zamiar.
-Lucjusza tu nie ma- stwierdziła kobieta obojętnie- ale dziękuję. Oszczędzi nam to wiele nieporozumień.
-Jak dla mnie, nieporozumień jedynie przybywa- stwierdziłem kwaśno, zerkając z ukosa na Longbottoma stojącego ponuro pod ścianą.
-Już niedługo napłyną rozwiązania- szepnął Snape takim tonem, jakby chciał dodać, że wcale nie będziemy z tego powodu zachwyceni.
Tymczasem dotarliśmy już na zalany słońcem dziedziniec zamku, na środku którego stangret Butler spokojnie dopalał papierosa. Technicznie rzecz biorąc, nie powinien tego robić, ale człowiekowi, który jest w stanie powozić, recytując z pamięci całe największe epickie poematy, naprawdę wiele można wybaczyć.
Skłonił się na nasz widok, ignorując ciekawskich uczniów otaczających karetę z każdej strony. Otworzył drzwi karety, wysunął schodki i stanął z boku, czekając na moją matkę.
Kobieta obróciła się w miejscu, a jej zachwycające włosy zalśniły w słońcu, kiedy porwał je wiatr. Była piękna, zawsze o tym wiedziałem. Stanęliśmy naprzeciw siebie, a ja chłonąłem ten widok przede mną, te bezkresne błękitne oczy, głębokie jak dwa wszechświaty.
-Wszystko jakoś się ułoży, Draco- powiedziała cicho, odgarniając parę kosmyków za ucho- Niedługo się zobaczymy.
Skinąłem głową. Wyciągnęła rękę, aby odgarnąć mi z twarzy targane wiatrem włosy, a jej ręka delikatnie spoczęła na mojej twarzy. Uścisnąłem ją krótko, wiedząc, że to jedyny objaw czułości, na jaki mogłem liczyć.
Uśmiechnęła się niewyraźnie, skinęła głową Snape’owi i powoli ruszyła do karety. Żegnaliśmy ją spojrzeniem, dopóki pojazd nie oddalił się na tyle, że zniknął z widnokręgu.
Po chwili Snape chrząknął.
-Możesz już wracać do reszty- powiedział- i proszę cię, nie popisuj się. Już i tak cudem jest, że nie pojawił się do tej pory jakiś pismak.
-Dziękuję za wiarę w mój intelekt- mruknąłem gorzko, patrząc w horyzont.
-Ależ jestem do usług. A teraz sugeruję, żebyś zaczął się pakować. Dzisiaj piątek.
-Chyba nie zamierzacie mnie wysyłać do tej starej wariatki już jutro!- spojrzałem na niego, totalnie zbity z pantałyku.
-Dyrektor powiedział: jak najwcześniej. Zatem od jutra Lepiej przygotuj się do drogi i radzę ci, nie licz na komforty większe niż wygódka przed domem.
-Co?!- cofnąłem się z obrzydzeniem.
Parę osób obserwowało nas z pewnym zaciekawieniem. Snape spiorunował wzrokiem wszystkich w polu widzenia, a kiedy uznał, że wylał na nich wystarczająco duże wiadro niechęci, pochylił się nade mną. Nie musiał zresztą schylać się zanadto, co stwierdziłem z pewną satysfakcją; byłem zaledwie o głowę niższy.
-Posłuchaj mnie- syknął, chwytając mnie za ramię- nikogo nie obchodzi, czy będziesz mógł godzinę siedzieć przed lustrem i wylewać na siebie te wszystkie balsamy. Pamiętaj, o co naprawdę chodzi: będziesz jak na świeczniku. Dlatego nie jęcz, nie marudź, nie sarkaj i ogólnie nie zachowuj się tak, jak zwykle się zachowujesz, bo to przysporzy ci tylko wrogów. W zasadzie, to…- zawahał się chwilę- spróbuj pobyć kimś innym. Tak, to chyba wystarczy.
-Nie mam nikogo innego, kim mógłbym być, jak właśnie Malfoyem- wycedziłem, czując narastającą irytację.
-Spróbuj przez ten czas być po prostu Draconem. Nie Malfoy, ale Draco- szepnął Severus, a jego uścisk nieco zelżał- Podejrzewam, że jest gdzieś tam, pod tym ciężkim obcasem, i dusi się od jakiegoś czasu. Dlaczego nie dasz mu trochę powietrza?
Zanim zdążyłem cokolwiek na to odpowiedzieć, mój ojciec chrzestny odwrócił się i odszedł, z typowym dla siebie furkotem peleryny. Odruchowo poprawiłem pelerynę, przygryzając wargi.
Wiedział o mnie więcej, niż chciałem przyznać sam przed sobą.

***

-Draco?
Uniosłem głowę znad łóżka, na którym rozłożone były moje ubrania. Od dobrych dwóch godzin zastanawiałem się, co właściwie powinienem ze sobą zabrać; co takiego człowiek nosi na wsi? Buty z cholewami, na obcasie, które nosiłem zazwyczaj, raczej odpadały. Szkoda tak dobrze wyprawionej smoczej skóry. Problem w tym, że nie pozostawiało mi to specjalnego wyboru. Koszule? Te białe, z szerokimi rękawami i koronkami- raczej niespecjalnie. Peleryny? Podróżne- może, ale nie wiedziałem nawet, jaka tam ma być temperatura. Jedwabne? Nie, zbyt szybko się zniszczą. Aksamitne? Może. Atłas? Wygląda zabójczo przy uderzeniach wiatru, ale w górach raczej nie powinienem spodziewać się ludzi, którzy by to podziwiali, a jaki jest sens? Szaty- tak, to był problem. Po rygorystycznej selekcji zostało mi pięć do wyboru. Ta czarna ze srebrzystym haftem? A może szmaragdowa, z aksamitu i z usztywnianym kołnierzem? A może… szlag. Nie wiedziałem.
Wiedziałem za to jedno: nieważne, że nie będzie tam ludzi, i tak musiałem wyglądać zabójczo.
-Pakujesz się?- Pansy stanęła w progu, bawiąc się kosmykiem ciemnych włosów.
Była w czarnym szlafroku z satyny, luźno zawiązanym w pasie. Nie mogłem nie zauważyć, że pod spodem nosiła tylko nocną koszulę.
Dosyć krótką.
-Próbuję- mruknąłem, prostując się i w irytacji przeczesując włosy- Zupełnie nie wiem, co powinienem zabrać na jakieś zadupie, gdzie będzie wygódka przed domem. Wyobrażasz sobie?
-Ciebie w takim miejscu?- zamknęła za sobą drzwi- Nie. Ciebie widzę w pałacowych ogrodach. Albo w pracowni artystów, pozującego do obrazów.
Uśmiechnąłem się do niej, a ona podeszła lekko i przysiadła na łóżku. Skrzyżowała nogi w taki sposób, że materiał szlafroku gładko zsunął się po jej kolanie. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zrobiła to specjalnie.
-Boże, Draco- roześmiała się cicho- Masz dylematy typowej primadonny.
-Jestem po prostu facetem, który nie ubiera się po ciemku- mruknąłem, ponownie lustrując eksponowaną na łóżku garderobę- W przeciwieństwie do takiego Weasleya. Słowo daję, ten chłopak pokłócił się z lusterkiem. Jak on może nosić niebieskie T-shirty? Przy jego włosach?!
-Fakt. Powinni go za to zamknąć.
-A jakże. Zbrodnia przeciwko dobrym gustom. Nie ma na to paragrafów?
-Wprowadzimy, jak tylko dobierzemy się do władzy- uśmiechnęła się do mnie, mrużąc oczy.
Obejrzałem się na nią z wdzięcznością. Odkąd pamiętałem, Pansy niemal zawsze tu była. Gdzieś obok, albo tuż za mną, jak siostra. Wiedziałem, że chciała czegoś więcej, ale… zwyczajnie nie kochałem jej w ten sposób. Myśl o zaaranżowanym małżeństwie z nią wywoływała we mnie bunt; być może właśnie przez naszą zażyłość. Dla mnie zakrawało to niemal na kazirodztwo.
Potrzebowałem przyjaciółki. Nie wiedziałem jednak, czy potrzebuję także kochanki, a nagle poczułem, że tej nocy będę musiał się zdecydować. Nie byłem ślepy; ona czekała na odpowiedź.
-Pomogę ci- oświadczyła, wstając. Pochyliła się nad łóżkiem.-To, to i to.-wskazała, podnosząc ubrania- I jeszcze to, i te buty. Wyglądasz w nich szałowo. I ta peleryna. I tamta piżama. W końcu to tylko jedna noc w tygodniu. Tak… I to, na wypadek, gdyby padało. Gotowe.
Zrzuciła resztę ubrań z łóżka, kopniakiem skierowała na jedną stertę w kącie. Naśladując jej ruchy, w drugi kąt kopnąłem torbę. Uśmiechnąłem się do niej; czegoś takiego potrzebowałem.
-Wiesz… -zaczęła, patrząc mi w oczy- Nawet się ucieszyłam, kiedy dostałeś osobny pokój. To bardziej… odpowiednie dla ciebie. Więcej… prywatności.
Oho-uznałem- pora na szybkie decyzje.
-Pansy…-zacząłem, ale ona w dwóch krokach znalazła się przy mnie i położyła mi palec na ustach.
-Ciii- szepnęła, głaszcząc moje włosy- Wiesz, że nasi rodzice cieszyliby się z naszego związku?
Skinąłem głową, poważniejąc. Wiedziałem. Ale wiedziałem też, że żadne z nas nie czuło tak naprawdę tego, co powinna czuć para narzeczonych. Czy w takim razie to było w porządku?
Wzięła moją twarz w swoje dłonie i pocałowała krótko, jakby w ten niemy sposób zadawała pytanie i jednocześnie odpowiadała na nie ze swojej strony.
Zebrałem w sobie całą odwagę i stanowczość i położyłem jej ręce na ramionach.
-Ja cię nie kocham, Pansy- szepnąłem, najdelikatniej, jak potrafiłem- Nie tak, jak ty byś tego chciała.
-Wiem- odparła równie cicho- Ale potrzebujesz mnie, chcesz, żebym zawsze była blisko. Mogę być jeszcze bliżej, mogę cię ukoić. Mogę być silna za nas obu. Jestem gotowa już od dawna… To niczego nie zepsuje.
-Ale…
-Przecież wiedziałeś, że prędzej czy później do tego dojdzie. Pozwól mi się z tobą pożegnać… Daj mi szansę.
Zsunęła szlafrok z ramion, zaczęła palcem zaznaczać ścieżkę wzdłuż mojej szyi. Nie protestowałem, kiedy rozsznurowywała moją koszulę. Kiedy po raz drugi wyciągnęła szyję do pocałunku, nie pozostałem bierny; przyciągnąłem ją bliżej, nieśmiało objąłem.
Pozwoliłem pociągnąć się na łóżko, położyłem się na niej, oplotła mi ramiona wokół szyi. Uśmiechnęła się, jakby dając mi znak, żebym się nie wahał.
Nie kochałem jej jak kobiety- w dalszym ciągu była dla mnie jak siostra. Ale obydwoje potrzebowaliśmy, jak się okazało, bliższego kontaktu, dotyku, pocałunku, nawet seksu- choć czemu, tego nie byliśmy w stanie wytłumaczyć. Może dlatego, że tego się po nas oczekiwało. Może dlatego, że Pansy potrzebowała świadomości, że może być komuś podporą, a ja potrzebowałem, żeby tą podporą była.
A może po prostu zrobiliśmy to, bo w tamtej chwili to zdawało się naturalną koleją rzeczy.
Tak po prostu.
Dwójka nastolatków, którzy potrzebowali ciepła. Traf sprawił, że znaleźli to ciepło u siebie.
I w jakiś sposób poczułem, że to też było naturalne.
W pewien dziwny sposób.

No dobrze… notkę dedykuję wszystkim maturzystom i maturzystkom i mam nadzieję, że nie zawalą egzaminu przez to, że zamiast powtarzać materiał, siedzą tutaj i czytają te moje bzdety… ;) Wróciłam dopiero w niedzielę, a w poniedziałek byłam skonana… więcej na Realu, tutaj powiem tylko, że ryłam radośnie i w głos czytając o zorganizowaniu wyprawy przez Vegę :D Draco Malfoy jednak się znalazł, ukrywał się w mojej komórce na miotły i szykował wielki come back, zajadając Delicje i popijając herbatką z cytrynką ^^ Powodzenia w dalszym zdawaniu, ja też trzymam kciuki!!!
I jeszcze sprawa techniczna: nie mam wpływu na to, że muzyka zniknęła. Niestety, strona z której ją ściągnęłam zwyczajnie przestała istnieć :( Ale wykombinuję coś nowego ^^

Chód Narcyzy Malfoy przez szkołę można przyrównać jedynie do pewnego starszego pana z Pewnej Książki, który walnął swoją długą laską (ekhym… ) w ziemię i ocean się przed nim rozstąpił. Z tym, że zamiast laski moja matka używała osobistej charyzmy. No i żadne ryby nie leciały nam na głowy.
Ja natomiast ciągnąłem się za nią niczym ogon nadzwyczaj rozpalonej komety.
Kiedy tak podążaliśmy przez szkolne korytarze, śledzeni przez zaintrygowane spojrzenia, zacząłem w myślach robi szybki remanent moich wyczynów w ciągu ostatnich paru tygodni. W końcu coś musiało skłonić moją matkę do wizyty… Zastanówmy się.
Szlabanów: zero. Zdobytych O: zero. Narzekań nauczycieli na piśmie: zero. Potłuczonych części ciała: zero. Oderwanych kończyn: zero. Gróźb wywalenia ze szkoły: zero. Brzemiennych w skutkach stosunków płciowych: zero. Niebezpiecznych i tragicznych romansów: zero. Gwałtów: zero, chyba, że coś przegapiłem. Bezpośrednich zagrożeń życia: jeden. Spisków mających na celu wykorzystanie mojej osoby: jeden, a nawet dwa. Pradawnych, nieokiełznanych potęg trafiających przypadkiem w moje ręce: jedna. Śmierć: zero, ale tego człowiek nigdy nie może być pewny.
Chyba matka nie dowiedziała się o naszej pamiętnej popijawie? Albo o scysji z Potterem? Chociaż, poprawiłem się w duchu, gdyby usłyszała o tym ostatnim, uznałaby, że wszystko w porządku.
A zatem chodzi zapewne o całą tą sprawę z Necronomiconem i wszystkim, a może i o nowe restrykcje nałożone na mnie przez jakże troskliwego i zapobiegliwego dyrektora. Hm. To powinno być zabawne, zwłaszcza, że nie widziałem nic, czego moja matka mogłaby dokonać w tych sprawach.
Chociaż… nigdy nie powinno się niedoceniać wściekłej matki. Aby chronić potomstwo, zrobią dosłownie wszystko, nawet jeśli to potomstwo ograniczało się do takiego mnie.
-To tutaj, o ile dobrze pamiętam- oświadczyła matka, stając naprzeciw drzwi do gabinetu Snape’a.
Nie zapukała, oczywiście. Malfoyowie nigdy nigdzie nie pukają. Oczekują, że to do nich ludzie będą pukać, co chyba wiele tłumaczy na nasz temat.
-Ach, Narcyza- powitał ją mistrz eliksirów, poprawiający jakieś prace przy swoim biurku.
Wśliznąłem się chyłkiem za matką, domykając drzwi. Nie wiedziałem, czego się po mnie spodziewano, więc najbezpieczniej było zwyczajnie udawać powietrze.
-Severusie- skinęła głową Narcyza Malfoy- Musisz pójść ze mną.
-Dokąd i dlaczego?- spytał Snape, a ja skrycie przyznałem mu wielkiego plusa za niezwykłą odwagę.
Jednak nawet on nie był w stanie długo wytrzymać; po chwili wstał i zaczął przygotowywać się do wyjścia, nie spuszczając z nas wzroku.
-Do dyrektora. Jest parę spraw, które musi mi wyjaśnić- odparła chłodno moja matka i oparła ręce na biodrach w taki sposób, że dowolna Walkiria zzieleniałaby z zazdrości.
-Jeszcze więcej spraw powinnaś wyjaśnić ze swoim mężem- powiedział cicho Snape.
-Na to jeszcze przyjdzie czas- jasne oczy mojej matki zwęziły się niebezpiecznie- Na wszystko jeszcze przyjdzie czas. Od razu muszę cię jednak uprzedzić, że nie powiem nic, co mogłoby nam zaszkodzić.
-Nie spodziewałem się żadnych podobnych informacji.
-I dobrze. Lucjusz może był twoim przyjacielem, ale nie oczekuje po tobie żadnej ochrony, krycia ani nic. Ty zdecydowałeś, on zdecydował. Ja także. Chcę, żeby to było jasne.
-Oczywiście. Jednakże… -wzrok Snape’a spoczął przez chwilę na mnie- jest tu jedna osoba, która jeszcze nie zdecydowała. Nie uważasz, że ma do tego prawo?
-To Dumbledore tak nie uważa. To, co wyczynia z moim synem, jest skandaliczne. Draco sam zdecyduje, bez niczyjego przymusu.
-Jest wojna, Narcyzo. Taka broń, jaką stał się twój syn przez ambicje Lucjusza… Dumbledore zwyczajnie nie może go wypuścić, bez względu na sentymenty. Wszyscy ponosimy ofiary, musi rządzić rozsądek.
-Severusie, ty wiesz, o co mi chodzi- głos mojej matki nieco przycichł- Nigdy nie naraziłabym swojego dziecka na podobne ryzyko, gdyby to nie było absolutnie niezbędne, aby ocalić moją rodzinę. Lucjusz, ja… My nie mieliśmy tak naprawdę wyboru w tej sprawie. Sam wiesz, jak było, powiedziałeś to mojemu synowi. Draco był przeznaczony Czarnemu Panu od samego początku. Ma przeznaczenie.
-Przeznaczenie, które może go zabić.
-Wtedy nie mogliśmy o tym wiedzieć! To był zaszczyt! Proszę cię tylko, żebyś mu pomógł. Nie ze względów na politykę, ale dlatego, że jesteś jego ojcem chrzestnym. Prawdziwym ojcem chrzestnym.
-Niewiele będę w stanie zrobić, jeśli nie wspomoże go rodzina.
-Jak możesz tak mówić!- krzyknęła nagle kobieta, a ja instynktownie oparłem się o drzwi i położyłem rękę na klamce.
Patrzyli sobie w oczy przez dłuższą chwilę, nie mówiąc ani słowa, jakby kontynuowali jakąś dawno rozpoczętą kłótnię. Uznałem wówczas, że udawanie powietrza mi się znudziło, i postanowiłem przypomnieć o swoim istnieniu.
-Jeśli chciałaś, abym to wszystko usłyszał, matko- powiedziałem cicho- to jestem wzruszony, ale chyba nie o to ci chodziło, prawda? Będę zobligowany, kiedy wreszcie zobaczycie, że ja tu jednak jestem.
-Masz rację, Draco- westchnęła Narcyza- Porozmawiamy o tym później. Teraz chcę, żebyście oboje towarzyszyli mi do gabinetu Dumbledore’a. Ufam, że jest na miejscu?
-Owszem, jest- stwierdził Snape, a ton jego głosu sugerował, że jeśli dyrektor ma choć odrobinę rozumu, usunie się jeszcze w tej chwili.
-Zatem idziemy.
-Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jestem wam potrzebny- wtrąciłem- Zupełnie dobrze radzisz sobie sama, matko…
-Cisza- zakomenderowała moja matka, prowadząc nas po schodach na górę- Rób, jak ci mama każe.
Wymieniliśmy spojrzenia ze Snape’em za jej plecami. Gdyby kobiety kiedykolwiek przejęły władzę nad światem, równie dobrze moglibyśmy nałożyć na szyje obroże.
Dumbledore przywitał nas uprzejmie, ale sprawiał wrażenie, jakby oczekiwał tej wizyty i wcale nie był nią zachwycony.
-Usiądźcie, proszę- machnął różdżką, wytwarzając dla nas trzy wygodne krzesła.
Moja matka zajęła miejsce pośrodku, naprzeciwko dyrektora, a ja i Snape usiedliśmy po obu jej stronach. Czułem się trochę jak wtedy, kiedy ojciec zabrał mnie do sali obrad rady Wizengamotu. Słowa „skazany” wręcz unosiły się tam w powietrzu, jak gdyby pomieszczenie miało swoją własną osobowość i wpływało na tych, którzy odpowiedzialni byli za szeroko pojętą sprawiedliwość. Człowiek czuł się winny, nawet wówczas, kiedy miał tylko siedem lat. Zawsze ktoś jest czemuś winny. Trzeba tylko poszukać.
Tutaj atmosfera była podobnie napięta.
-Chcę wiedzieć, na jakiej podstawie usunął pan mojego syna z drużyny quidditcha i wydalił go z jego dormitorium- zaczęła Narcyza chłodno, sztywno wyprostowana na swoim krześle, z rękami elegancko złożonymi na sukni.
-Nie chodzi tutaj tylko o pani syna- westchnął Dumbledore- Gdyby to nie Draco, a ktokolwiek inny, znalazł się pod podobnym wpływem, uczynilibyśmy to samo.
-Nawet Harry Potter?- spytała matka ironicznie.
-Każdy- podkreślił dyrektor.
-Nie wierzę, że nie wiążecie żadnych planów związanych z moim synem. Chcę wiedzieć o wszystkim i pragnę, żeby on też wiedział. On przede wszystkim, a przypuszczam, że większość rzeczy by pan przed nim zataił.
-Nie miałem takiego zamiaru- Dymbledore uniósł ręce w uspokajającym geście- Powiedziałem o wszystkim Severusowi…
-Owszem- wtrącił Snape.
-Ale nie mi- odważyłem się zauważyć, w czym pomogła mi rosnąca irytacja- Ze mną nie zamienił pan ani słowa. Z całym szacunkiem- dodałem ironicznym tonem- chyba powinienem wiedzieć, jak chcecie mnie wykorzystać.
-Nikt nie twierdził, że chcemy cię wykorzystać, drogi chłopcze- zapewnił mnie Dumbledore, na co ledwo stłumiłem cyniczne parsknięcie- Chcemy ci tylko pomóc.
-Draco nazwał rzeczy po imieniu- osądziła moja matka- i tego samego oczekuję po panu, Dumbledore.
-Tak jak mówiłem, pragnę jedynie pomóc, i to najlepiej, jak potrafię. Draco, otrzymałeś niezwykły dar, który prawie na pewno okaże się dla ciebie śmiertelnie niebezpieczny, jeśli nie nauczysz się z niego korzystać.
-Tak, to już słyszałem- założyłem ręce na piersi.
-Jesteśmy placówką edukacyjną- podął dyrektor- naszym nadrzędnym celem jest zatem nauka. Znalazłem ci kogoś, kto okaże się idealnym nauczycielem, ponieważ nikt w zamku nie posiada takiej wiedzy.
-Zatem ktoś z zewnątrz- stwierdziła moja matka- Kto?
-Szacowna dama, która mieszka w pewnym odludnym zakątku gór, niedaleko stąd. Alice Gravis, czarownica. Lubi, jak się do niej mówi „Babcia Gravis”.
-Czarownica- powtórzyła głucho moja matka.
-Tak. Będzie najodpowiedniejszym nauczycielem, w dodatku już wyraziła zgodę.
-Nie przyszło panu najpierw do głowy, aby wpierw zapytać mnie?
-Och, nie wątpiłem w panią, Narcyzo. Wiem, że zrobisz wszystko dla dobra dziecka. To może mu uratować życie.
-Na jakich warunkach?- spytała zimno moja matka, a w jej głosie zgrzytnęły noże.
-Draco będzie ją odwiedzał w każdy weekend, poczynając od przyszłego tygodnia. Towarzyszyć mu będzie nasz Auror, Remus Lupin…
-Pięknie- mruknąłem cicho- O tym marzyłem.
-…i Harry Potter- dokończył dyrektor, nie zważając na moje utyskiwania.
-Co?!- niemal poderwałem się na nogi- A po jakie licho on tam potrzebny?!
-Spokojnie, Draco- Dumbledore uśmiechnął się przyjaźnie, a ja gorąco zapragnąłem pięścią zmyć mu ten durny wyraz z twarzy- Harry także potrzebuje szkolenia, z nieco innych względów. Generalnie problem jest zbliżony, dlatego postanowiliśmy upiec dwie pieczenie, jak to mówią. Pojedziecie razem. Chcę wyraźnie zaznaczyć, że to nie podlega dyskusji. Wiem, że… hm… nie darzycie się sympatią, ale dwa dni w tygodniu będziecie chyba w stanie wytrzymać w swoim towarzystwie.
-Chcecie go pilnować- szepnęła nagle moja matka- To wszystko tylko pretekst, żeby mieć Dracona na oku i go kontrolować.
-Dla jego własnego dobra.
-Dobro jednostki zawsze zależy od punktu widzenia!- prychnęła kobieta, wyraźnie na granicy wytrzymałości- To wy uważacie za najlepsze rozwiązanie. Mój syn może mieć całkiem inny pogląd.
-Obawiam się, Narcyzo, że póki co to jest najlepsze, co wszyscy możemy dla niego zrobić.
Moja matka patrzyła przez dłuższą chwilę na Dumbledore’a, po czym syknęła kącikiem ust:
-Severusie, Draco, wyjdźcie. Chcę porozmawiać z dyrektorem na osobności.
Obaj natychmiast podnieśliśmy się z krzeseł i opuściliśmy gabinet z ulgą, najszybciej jak to było możliwe, nie biegnąc. Na korytarzu oparliśmy się o ścianę i spojrzeliśmy na siebie, rozumiejąc się bez słów.
Nad dyrektorem mogliśmy równie dobrze postawić duży krzyżyk.

Viviane, z tym filmem to mnie zaintrygowałaś, zwłaszcza, że moja siostra tu ostatnio ma silne zapędy reżyserskie… ;) Villemo, świetne linki, rechotałam w głos, co- wbrew pozorom- nie zdarza mi się często. W ogóle dziękuję wszystkim, którzy ostatnio komentowali (gorące uściski!). Przepraszam, że ta notka niespecjalnie udana i krótka, ale musiałam wcisnąc jakiś przerywnik-dalej będzie ciekawiej!
Bardzo proszę o komentarze, są jak pożywka dla mojej muzy, która się uzależniła i bez tej używki stanowczo odmawia współpracy… ;)

Choć nasza rozmowa tamtego dnia miała być utrzymana w ścisłej tajemnicy, uważny obserwator coraz częściej mógł wychwycić wśród mieszkańców Slytherinu oznaki niepokoju. Wiele osób, których rodziny łączono z czarną magią i Voldemortem, chodziło przygaszonych, jak gdyby bojąc się ataku z każdej strony. Przyciszone dyskusje w pokoju wspólnym, coraz częstsze kłótnie- nawet bójki- oraz atmosfera napięcia sprawiały, że ciężko było wytrzymać wśród ludzi. Zwłaszcza, że miałem dziwne wrażenie, że to właśnie po mnie spodziewali się jakiegoś konkretnego działania, jakbym był ich latarnią morską, a moje światło niechybnie miało powstrzymać ich od rozbicia się o fale. Ludzie w chwilach kryzysu potrzebują przewodnika, kogoś, kto powie im, co mają robić- nieważne, czym by to było. Mogłem przewiedzieć fakt, że wybór automatycznie padnie na mnie, to jednak nie uwalniało mnie od poczucia dyskomfortu. Ostatecznie, ja sam mogłem teraz liczyć tak naprawdę tylko na siebie.
Przywódcy także potrzebują kogoś, kto by ich poprowadził, jak się przekonałem. Chodziło o coś więcej, niż tylko komenderowanie ludźmi. Istniało też coś takiego, jak odpowiedzialność- jednak tak naprawdę to dopiero w tamtym tygodniu poznałem, co to słowo naprawdę oznacza.
Tydzień, jaki nastąpił po naszej dyskusji, był dziwny. „Prorok” donosił o coraz to nowych, rzekomych planach śmierciożerców, które tak się miały do rzeczywistości, jak Weasley do inteligenta. Odbijały się jednak szerokim echem po zimnych, kamiennych murach Hogwartu, gdzie uczniowie kurczowo chwytali się każdej informacji o losach najbliższych, którą byli w stanie wyłapać. Bójki na korytarzach były coraz powszechniejszym zjawiskiem, co dawało prefektom jakieś zbawienne zajęcie. Odbył się mecz quiditcha, jednak widać było, że nawet ta gra straciła coś ze swojej siły oddziaływania; pokaz był zwyczajnie żałosny.
Wiadomość o usunięciu mnie z drużyny rozprzestrzeniła się po szkole z szybkością, z jaką ogień przeskakuje po słomianych strzechach; plotki i domysły o powodach tego kroku towarzyszyły mi wszędzie. Nauczyciele starali się zachować całą tą aferę w sekrecie, jednak oczy uczniów w takich sprawach są niemożliwe do oszukania- wkrótce cała szkoła huczała od plotek. Młodsi uczniowie uskakiwali mi z drogi, kiedy tylko mogli; inni unikali mojego spojrzenia, jakbym samymi oczami zamierzał ich na miejscu spopielić. Mnie ta sytuacja niezmiernie odpowiadała- bez wysiłku mogłem podtrzymywać swoją reputację w zamku, koncentrując się zupełnie na czym innym.
Ale tu był problem- właśnie to „inne”.
W piątkowe popołudnie siedzieliśmy razem nad brzegiem jeziora, oparci o drzewa i siebie nawzajem: Blaise, Nott, Greg, Vin, Milicenta i Pansy, która, oparłszy głowę o moje ramię, leniwie bawiła się źdźbłami trawy między palcami.
Zima powoli odchodziła, po jej śniegach ledwie pozostały ślady. Słońce przebijało się przez strzępy szarawych chmur, ocieplając ziemię i zachęcając studentów do wyjścia na zewnątrz, aby zaczerpnąć w nozdrza zapachu świeżej wiosny. Nie było jeszcze ciepło, jednak temperatura była ożywcza i sprzyjająca uczeniu się na zewnątrz- siedzieliśmy zatem w ciszy, każde z nas zajęte swoimi myślami, ignorując szum rozmów naokoło nas.
Na mój esej z historii magii spadła biedronka. Przestałem pisać i obserwowałem, jak zwierzątko powoli orientuje się w sytuacji i zaczyna iść mozolnie pod górę, ślizgając się na pergaminie. Pansy zmieniła pozycję na nieco wygodniejszą.
-Skończyłeś?- spytała sennie.
-Nie, robię przerwę nadgarstkom- odparłem, patrząc, jak biedronka zsuwa się w dół i po raz kolejny podejmuje wędrówkę.
Delikatny dźwięk strun przeszył powietrze- to Blaise zaczął stroić gitarę.
-Dawno razem nie graliśmy- stwierdził, choć nie dosłyszałem w jego głosie wyrzutu- Napisałeś coś ostatnio, Dray?
-A ty?- odparłem; biedronka chyba zdała sobie sprawę z bezcelowości swoich poczynań, bo rozłożyła skrzydła i odleciała, poniesiona przez silniejszy podmuch wiatru.
-Nie, raczej nie.
-Pamiętacie, jaką sensacją byliśmy tamtego wieczoru, na balu maskowym?- westchnęła Pansy, przesuwając głowę tak, że jej włosy łaskotały moją twarz.
Bal maskowy. Tamtego wieczoru wszystko się zaczęło.
-Nie mogło być inaczej- uśmiechnąłem się przewrotnie, choć było to bardziej na pokaz, niż sam chciałem przed sobą przyznać.
Blaise zagrał pojedynczy akord, po czym podniósł na nas wzrok.
-Kto wie, gdyby to wszystko się jakoś inaczej ułożyło, może zrobilibyśmy karierę- powiedział z niewyraźnym uśmiechem.
Nie odpowiedziałem; spojrzałem w bok, w stronę marszczonych wiatrem wód jeziora, które skrzyły się od promieni słońca. Znowu to samo: bezsensowne gdybanie. Gdyby to, gdyby tamto… co dobrego ludziom przychodzi z takich myśli?
Pansy podniosła nagle głowę, po czym szturchnęła mnie łokciem.
-Dracuś, czy to czasem nie twoja rodzinna kareta podjeżdża pod zamek?
Podążyłem za jej palcem- faktycznie, ozdobna, czarna kareta lśniąca od ozdób i lakieru zajechała na dziedziniec zamkowy, wywołując spore zamieszanie wśród uczniów.
Wstałem, spakowałem swoje rzecz do torby i ruszyłem w tamtą stronę, myśląc gorączkowo. Czego moja matka mogłaby szukać w Hogwarcie?
Butler, nasz stangret, zeskoczył z kozła i wyprężył się przy drzwiach powozu, otwierając je na oścież. Skłonił się lekko na mój widok, jednak ja oczy utkwione miałem w wejściu do karety; powoli wyszła z niej moja matka, wyniosła i dumnie wyprostowana, z długimi, rozpuszczonymi włosami, które spływały jej po plecach. Ubrana była w prostą, czarną suknię bez ozdób, z głębokim dekoltem i rozszerzonymi rękawami, a także w jedwabną pelerynę. Jej zachwycające włosy przez chwilę porwał wiatr; promienie słońca zatańczyły w nich oślepiającym światłem.
Kiedy jej wzrok spoczął na mnie, uśmiechnęła się, jak gdyby głęboki ciężar spadł jej z piersi.
-Draco- westchnęła i podeszła do mnie, kładąc mi ręce na ramionach.
Przez chwilę myślałem- a może i miałem dziwną nadzieję- że mnie uściska. Ona jednak w porę się zreflektowała i zadowoliła się zebraniem mi włosów z twarzy. Uśmiechnąłem się do niej, zaskoczony i jednocześnie odrobinę zażenowany- uczniowie wokół dziedzińca wlepiali w nas oczy. Kątem oka mogłem zobaczyć Świętą Trójcę Gryffinodru, obserwującą nas spod zmrużonych powiek.
Matka tymczasem przywitała się krótko z Pansy i resztą moich towarzyszy.
- Chciałabym porozmawiać z profesorem Snape’em- oznajmiła- Pójdziesz ze mną, Draco, to dość ważna sprawa.
-Tak, matko- skinąłem głową, posyłając Ślizgonom za plecami zaskoczone spojrzenie.
-Z Dumbledore’em też mam trochę do pogadania- stwierdziła moja matka, a jej oczy błysnęły niebezpiecznie; parę osób cofnęło się instynktownie.
Dałem się poprowadzić w głąb zamku jak jakiś pierwszoroczniak- nie było sensu walczyć z Narcyzą Malfoy, kiedy ta coś sobie postanowiła. Z ręką na moim ramieniu szła stanowczo przez tłum uczniów, ściągając zewsząd ciekawskie spojrzenia jak jakaś obca, egzotyczna roślina.
Jednak najdziwniejsze było dla mnie to, że przez cały czas z trudem zwalczałem chęć objęcia jej z całej siły.

Zdradzę wam tajemnicę: rozpieściliście mnie. No. Serio. Za dużo komentów oczekuję po notkach i chyba dlatego tak się tutaj obijałam. A prawdą jest, że im więcej komentów, tym lepsze notki, bo Dray ma lepszy dopalacz ^^. A zatem za klawiatury chwytać i podnosić morale! ;D Dla Katie, którą kanary złapały-może humorek jednak się trochę poprawi. A biologię zaliczyłam na 3, a CPE na 78%!!! ;)

-Czy to prawda?!
Podniosłem głowę znad książki, którą czytałem, żeby spojrzeć na Komitet Praw Ślizgońskich, którego członkowie wykazywali godną podziwu determinację do przepchnięcia się wszyscy na raz przez wąskie drzwi mojej sypialni. Ich miny sugerowały, że bardzo chętnie przywitaliby w tej chwili płonące pochodnie i ruszyli zbitą kupą na dowolny zamek na wzgórzu, żeby wykurzyć stamtąd jakiegoś naukowca wrzeszczącego w trakcie burzy.
Dumbledore chyba kwalifikował się jako naukowiec.
Pansy przepchnęła się przez tłum i stanowczym krokiem weszła do sypialni, krzyżując ręce na piersi.
-To wariactwo-oświadczyła światu jako takiemu- Dlaczego próbują cię nam odebrać?
-Proponuję, żeby pogonić Dumble’a przez zamek i zatknąć jego głowę na żerdzi!- ryknął Blaise gdzieś w tłumie, a chór żądnych krwi gardzieli młodzieńczych wrzasnął z aprobatą.
-Zatkać kominy w wieży Gryfonów i wrzucić im tam płonące łajnobomby!
Kolejny ryk entuzjazmu.
-Zaczarować Pottera w karalucha, karalucha wsadzić do paczki, paczkę wysłać do siebie a potem rozwalić ją młotkiem!
Jowialny wybuch z chętnych gardzieli, choć już mniej harmonijny, ponieważ niektórzy musieli przyswoić sobie ten jakże diaboliczny plan nieco wolniej.
-Zmienić miotły wszystkich drużyn w pływające paszteciki!
-Ale takie do kanapek? To okrucieństwo wobec zwierząt!- odezwał się jakiś cichy głosik w tłumie, ale został zignorowany.
-Wepchnąć Binnsowi jego podręczniki w tyłek!
-To byłoby trochę kłopotliwe, choćby ze względu na brak rzeczonego tyłka w materialnej przestrzeni- zauważyłem, wstając z łóżka i uśmiechając się lekko- Zresztą to jeszcze nie koniec świata.
-Wywalili cię z drużyny!- pisnęła Pansy- Nie mieli prawa, chcą tylko pozbyć się ciebie po tym, jak pokonałeś Pottera!
-Boją się o swojego Złotego Chłopca-uśmiechnąłem się kpiąco-A to tylko dowodzi, kto tak naprawdę trzyma stery.
-Tak, ale zabrali cię z naszej sypialni!- warknął Blaise, przedzierając się łokciami do pokoju-To dostateczny powód, żeby zatknąć głowę Dumbledore’a na żerdzi.
-Tu nie ma żadnej żerdzi, Zabini- mruknąłem, przewracając oczami- A nawet gdyby była, to głowa nie trzymałaby się długo. I śmierdziałaby straszliwie. To niehigieniczne.
-Snape powiedział nam o wszystkim- powiedziała Pansy, podchodząc bliżej- Powiedział, że nie jesteś bezpieczny i że od teraz wszystko się zmieni, i że powinniśmy dać ci spokój. Powiedział też coś dziwnego, co brzmiało naprawdę poważnie. Że musimy raz jeszcze zaufać naszym instynktom przetrwania i patrzeć, skąd wieje wiatr. Draco, zaczynam się martwić! O co mu chodziło?
-Bunt śmierciożerców- szepnąłem, patrząc uważnie na Blaise’a
Westchnąłem cicho i usiadłem koło Pansy, która położyła mi dłoń na ramieniu i nieobecnymi ruchami zaczęła kciukiem kreślić na nich kręgi. Spojrzałem na półkę przy łóżku; po wyjściu Pottera, żeby się uspokoić, czytałem wszystkie listy od matki, które dostałem w tym roku szkolnym i przekonałem się, ile było tam niewypowiedzianych szyfrów. Snape miał rację. Śmierciożercy naprawdę byli coraz bardziej niespokojni i niecierpliwi, nie mieli ochoty biegać cały czas za jakimś bachorem z przeciętym czołem. Czarny Pan czy nie, mój ojciec wiedział, jak delikatnie sterować ludźmi od tyłu. Nigdy nie mogłem tak do końca zrozumieć, dlaczego tak płaszczył się przed kimś innym; on, dumny Lucjusz Malfoy, którego bał się nawet minister magii.
„On doprowadzi nas tam, gdzie nasze miejsce”, powiedział mi w wakacje po czwartym roku. „Nasza rodzina powinna być u władzy, tak jak kiedyś. Powinniśmy być szanowani, oczyścić społeczność czarodziejów z tego całego szlamu. A on nam w tym pomoże. On pragnie przywrócić starym rodom ich dawną, należytą chwałę. On zatrze pamięć o ukryciu, o życiu obok mugoli, o ich… inkwizycji. Przy jego boku jest nasze miejsce”.
To były tylko próżne obietnice, mrzonki, bajki, żeby ich pozyskać. Teraz to widziałem, dojrzał to także mój ojciec. On był inteligentny i jeśli już pochylał przed kimś głowę to tylko wówczas, kiedy widział w tym korzyść dla siebie. A teraz nawet on dojrzał, że to, czym karmił i mnie i siebie przez pół życia, to zwykła bujda. To bolało, na pewno. Jednak dlaczego, w takim razie, kontynuował tą szopkę ze mną i z Necronomiconem? Miał swój własny plan, przeczuwałem to wyraźnie.
-Malfoy?- usłyszałem Notta; jego głos zdawał się dobiegać zza grubej zasłony.
-Niech wszyscy wyjdą-rozkazałem cicho głosem, który zdawał się trafiać Ślizgonom prosto do tyłomózgowia i zmuszać ich do posłuszeństwa bez pośrednictwa uszu.
Tłum pod drzwiami zaczął się powoli rozrzedzać, a Blaise zatrzasnął drzwi za ostatnim, wścibskim pierwszoroczniakiem. Pozostali w pokoju Pansy, Theodor, Greg, Vince i Milicenta wpatrywali się we mnie uważnie.
-Co ty powiedziałeś wcześniej?- odezwał się Nott- Jaki bunt śmierciożerców? Mój ojciec nic nie…
-To dopiero zarzewie-mruknąłem, puszczając mimo uszu uwagę, że jego ojciec wciąż utrzymuje z nim kontakt-Nic nie zostało powiedziane, nikt nic nie zrobił… ale są znaki.
-Ale jakie?- wtrąciła Milicenta- Co mogłoby skłonić dorosłych do rebelii, przecież to Czarny Pan! Nie jakiś tam naiwny minister, którego można by obalić przy pierwszej lepszej okazji!
-Potter-stwierdziłem sucho- To przez Pottera. Pomyślcie-wstałem i zacząłem chodzić po pokoju, uważnie patrząc na każdego z nich- Gdybyście byli śmierciożercami, o co byście walczyli? O co walczą wasi rodzice?
-O władzę- odparł Nott, krzyżując ręce na piersi-O prestiż. O przywrócenie dawnego porządku…
-… i wyplenienie anarchii-dokończyłem- No właśnie. A ile, jak dotąd, osiągnęli? Czego dokonali? Czy przywrócili nasze dawne tradycje, naszą świetność? Czy Czarny Pan zrobił cokolwiek z tego, co nam obiecywał?
-Ostrożnie, Draco- syknął Zabini- Takie poglądy to droga na skróty do rodzinnego mauzoleum.
-Ale takie są fakty-spojrzałem twardo w jego oczy- Nasi ojcowie, dumni przedstawiciele najświetniejszych rodów czarodziejskich, są zredukowani do zwykłych sług i dają sobą pomiatać… w imię czego? Za co, pytam? Za dorwanie jakiegoś nędznego, kundlowatego bachora w okularach, który zwyczajnie ma szczęście! O to tylko chodzi, to było prawdziwym celem Czarnego Pana, kiedy wrócił do władzy! Już nie obchodzi go czystość krwi, historia i tradycja. Może kiedyś, zanim urodził się Potter, ale teraz?! Tylko zemsta, cały czas tylko ta durna gonitwa! A wszystko to, co nam wpajano o służbie u niego, to kłamstwa!
Dawałem się ponieść fali wzburzenia. To, co podejrzewałem już od dłuższego czasu, moje wątpliwości i wahania, wszystko to teraz już było całkiem jasne. To kłamstwa. Wszystko-zwykłe kłamstwa. Kłamstwa. Złudzenia. Iluzje. Żyłem dla iluzji. Dorastałem wśród iluzji. Walczyłem o iluzje, wierzyłem w nie, w zwykłe kłamstwa szaleńca ogarniętego manią nieśmiertelności i zemsty. Od dnia moich urodzin byłem mu przeznaczony. Moi rodzice mnie poświęcili, poświęcili samych siebie. Za co? Za co?!
-Kłamstwa-szepnąłem z siłą, zaciskając pięści-To wszystko kłamstwa. Nie osiągniemy naszych celów, nie ziścimy idei, nie przywrócimy tradycji. Możemy ginąć, jeden po drugim, jak kamienie rzucane na szaniec przez tego… tego… A on i tak będzie miał oczy utkwione tylko w jednym miejscu. W tej przeklętej, pieprzonej, cholernej bliźnie!
-Nie tak głośno-usłyszałem przy uchu szept Pansy, która stanęła za mną i przytuliła się do moich pleców-Ostrożnie. Blaise ma rację, te słowa są śmiertelnie groźne.
-Ale niektórzy wciąż wierzą w Czarnego Pana-stwierdził chłodno Nott- Twoja ciotka, Lestrange…
-Zginie dla niego, a on będzie miał ją za nic. Tak jak naszych ojców. Tak jak mnie, jeśli plan zawiedzie. Jeśli okażemy się bezużyteczni… wadliwi.-zacisnąłem zęby-Przeklęty Potter!
-Ale mamy wybór-odezwał się nagle Vince, siedzący w jakimś kącie; wszyscy spojrzeliśmy na niego w szoku-My, znaczy się. Mamy tak jakby wybór, nie? Znaczy, że nic jeszcze nie wiemy, to możemy se tak jakby wybrać. Nic nie musimy.
-Tylko przeżyć-wtrącił Greg- Ja to bym se nie chciał kopnąć w kalendarz. Za nic. Ja to bym se wolał pożyć. I żeby wszystko było normalnie.
Zapadła cisza. Wszyscy, w bezgranicznym szoku, patrzyliśmy na moich dwóch bodyguardów, którzy powrócili do obserwowania żyrandola.
Mamy wybór…
Nic nie musimy…
Mamy wybór…
W tym momencie zacząłem się śmiać.

Tak myślę o zrobieniu nowych podstroi na komenty i archiwum-zobaczymy, co z tego wyjdzie… CPE poszedł całkiem nieźle, tak mi się wydaje-ale nie chcę zapeszać, więc sza! I jeszcze jeden newsik: postanowiłam założyć bloga nie o jakiś bohaterach, którzy zawojowali moje serce, ale o sobie. Nareszcie. Nie będę kompletnie szczera, bo taka nie jestem nawet sama ze sobą, ale jeśli będziecie czegoś ciekawi: zaglądać tam śmiało ^^ Adres w linkach. A teraz, „without further ado”, oddaję głos naszej Dumie Slytherinu. Pomysł na „podwodne” wrażenie zaczerpnęłam z wypowiedzi Toma Feltona o pokoju wspólnym Slytherinu.

Mój nowy pokój był… mały.
Taka myśl uderzyła mnie jako pierwsza, kiedy oparty o zamknięte drzwi sceptycznie wodziłem wzrokiem po komnacie. Nie stanowiła nawet połowy męskiego dormitorium, gdzie spałem jeszcze poprzedniej nocy, ani jednej czwartej mojej sypialni w domu, w Wiltshire. Prawdopodobnie znaleźli jakiś stary, zapomniany magazyn na przechowywanie wybuchowych eliksirów lub jeszcze bardziej wybuchowych Ślizgonów, umeblowali go nieco, wstawili witraże, przenieśli moje rzeczy i voila- oto mamy sypialnię.
Na wprost drzwi, stanowiąc jawne i bezwstydne pogwałcenie zasad Feng Shui, pyszniło się dosyć spore łoże okryte moją prywatną pościelą, najwyraźniej przyniesioną przez skrzaty: zielona, satynowa narzuta w złoty haft spływała delikatnie po obu stronach rzeźbionej w wężowy motyw, mahoniowej ramy. Udrapowane, pół-przezroczyste zasłony o odcieniu trawy w letni poranek zwisały z baldachimu. Po obu stronach łóżka stały niewielkie półki, a na nich kandelabry z zapalonymi już świecami. Po prawej stronie stała toaletka, całkiem już wyposażona, a z lewej prezentowało się całkiem gustowne biurko. Koło niego, wciśnięta w kąt, stała półka na książki, które były już porządnie ustawione.
Spojrzałem w bok; po mojej lewej stronie zobaczyłem wielkie, obramowane lustro- absolutnie niezbędny drobiazg. Po prawej natomiast znalazłem szafę, dość pokaźną i ozdobną, choć wątpiłem, aby zdolna była pomieścić wszystkie moje rzeczy.
Westchnąłem cicho i podszedłem do łóżka; pochylony, przejechałem delikatnie palcem po śliskim materiale narzuty. Dotyk nieco mnie uspokoił. Było to coś, co znałem. Co należało do mnie. Co było normalne.
Przysiadłem na brzegu miękkiej pościeli, a moje zmęczone oczy spoczęły na oknach. Oczywiście, w lochach były one zupełnie niepotrzebne, ponieważ żadne światło słoneczne i tak nie mogło nas dosięgnąć, ale szmaragdowe witraże były tak zaczarowane, że-podobnie jak w pokoju wspólnym-przepuszczały migotliwe światło wody jeziora. Nefrytowe refleksy padały na ściany i pokrytą okrągłym dywanem podłogę, falując i tańcząc z ciemnością pokoju na wespół ze światłem świec. Niewielki żyrandol ze świecami był przygaszony, co tylko potęgowało wrażenie podwodnych głębi.
Tak, uśmiechnąłem się ponuro. Umieścili nas na samym dnie. Z dala od światła. Z dala od słońca. W podwodnym mroku głębi, abyśmy powoli w niej utonęli, uduszeni własną ciemnością.
Tam, gdzie należymy.
Przesunąłem się na łóżku, sięgnąłem pod spód i wyciągnąłem swój kufer. Moja ręka niemal automatycznie sięgnęła pod warstwy ksiąg z domu, kosmetyków, zapasowych ubrań i innych osobistych rzeczy na samo dno: tam, gdzie, niezauważona przez nikogo, spoczywała samotnie butelka wytrawnego elfiego wina.
Zapominając na krótką chwilę o przeklętej etykiecie i usprawiedliwiając się nadzwyczajnymi okolicznościami, pociągnąłem niewielki łyk prosto z butelki, nie przejmując się kieliszkiem. Smakując słodko-gorzki, nieprawdopodobnie ciepły i nieco metaliczny płyn na swoich wargach, ponuro spojrzałem na butelkę. Ostatnio coraz częściej sięgałem po alkohol; chyba powinienem jakoś to zredukować…
A co to kogo obchodzi, pomyślałem ponuro, kładąc się na plecach. Nie będę już grał w quidditcha, nie będę kapitanem, nie będę więcej stawał w szranki z Potterem. Nie będę już gadał do późna w nocy z chłopakami w sypialni, nie będę z nimi żartował i naśmiewał się innych. Nie będę zrzucał całej odpowiedzialności na barki kogoś innego.
Szlag, chyba po tym wszystkim mam prawo do jeszcze jednego łyka!
Nie powiedziałem nic wszystkim tym, którzy odwrócili na mnie głowy z chwilą, kiedy parę minut temu wszedłem do pokoju wspólnego. Na pełne napięcia spojrzenia Pansy, Blaise’a i całej reszty mruknąłem tylko krótkie „Dobranoc”. Nie byłem gotowy do rozmowy z kimkolwiek, szczególnie z nimi. Musiałem najpierw sam to sobie ułożyć, przyoblec rzeczywistość w zwiewną suknię błyskotliwych kłamstw; żeby zrozumieli, żeby poczuli, że wszystko w porządku i że ich „Książę” trzyma wszystko pod kontrolą.
Znajdę sposób, pomyślałem beznamiętnie, czując elfi trunek krążący w moich żyłach, zmieszany z krwią. Odzyskam kontrolę. Potrzebuję tylko czasu.
Tylko czasu…
Podniosłem się tylko po to, by zrzucić pelerynę i buty oraz zdmuchnąć świece, po czym ponownie opadłem na łóżko, wdychając zapach znajomej pościeli, świeżej, pachnącej mną samym, pachnącą tak niewyraźnie i delikatnie domem.
Moje powieki zaczęły opadać, lecz kiedy poczułem już pierwszą falę snu obezwładniającą mnie i obejmującą leniwie, poczułem wgłębienie na łóżku.
Ktoś chrząknął.
Natychmiast poderwałem się do pół przysiadu i otworzyłem oczy, macając w ciemności półkę w poszukiwaniu różdżki. Kiedy moje oczy na powrót przyzwyczaiły się do ciemności, dostrzegłem błysk srebrzystego światła odbity w okrągłym szkle.
Okrągłym szkle okularów.
Harry Pieprzony Potter!
-Osobny pokój, Malfoy, no no-gwizdnął przeciągle ten idiota, patrząc na mnie dziwnie-Nieźle cię tu urządzili.
-Komuś takiemu jak ty zapewne imponuje-stwierdziłem przez zaciśnięte zęby-Zaimponowałyby tobie nawet nasze domowe stajnie. Jak się tu dostałeś?
-To niech cię nie kłopota, blondie. Mam ci coś do powiedzenia.
-To świetnie, bo tak się składa, że ja też. Zabierz. Swój. Pieprzony. Tyłek. Z. Mojej. Sypialni. Tam są drzwi. Nawet ty dasz radę trafić.
-Dumbledore chce, żebyśmy razem trenowali-Potter wzruszył ramionami, udając, że mnie nie słyszał.
Twoja pomyłka, Złoty Chłopcze. Kiedy Malfoy coś mówi, należy słuchać.
-Wie o wszystkim, Snape z pewnością ci to powiedział-kontynuował Chłopiec Zbyt Głupi, Żeby Po Prostu Zginąć-Nie powiedział ci jednak, że Dumbledore ma na ciebie oko. Mamy wojnę, Malfoy. A ty chwilowo jesteś tu, gdzie twój ojciec nie może cię dosięgnąć, może za to Zakon Feniksa. Więc gdybyś przypadkiem zbłądził gdzieś, gdzie nie powinieneś… nie będziesz tam błądził długo.
-Och, i podejrzewam, że to ty będziesz tym dzielnym chłopcem, który mnie zawróci ze złej drogi i uczyni szlachetnym.
-Nie-uśmiechnął się krzywo-Ale mogę cię uczynić bolącym. Bardzo.
-Nie przyszło ci do głowy, ty nieskazitelny Chłopcze ze Szkła, że mogłoby to być niebezpieczne?
-Nie pozwolimy nikomu cię skrzywdzić.
-Nie mówiłem o sobie.
-Nie boję się ciebie, ty żałosna gnido-Potter wstał, nieświadomy iskier, które zaczęły niekontrolowane trzaskać z moich rąk pod kołdrą-Jeśli o mnie chodzi, możesz sobie biec do śmierciożerców i czarować tym całym średniowiecznym bagnem, chętnie bym cię potem wykończył. Ale Dumbledore chce cię po naszej stronie, a ja wierzę w Dumbledore’a. Tylko tyle chciałem ci powiedzieć… Malfoy? Wszystko w porządku?
-Wyjdź-powiedziałem cicho; przez moją głowę zaczęły pędzić dzikie, rozmyte obrazy, które potrafiłem jednak rozróżnić mimo przysłaniającej ich, krwistoczerwonej mgły.
Ja duszący Pottera… ja dźgający nożem Pottera… ja rozcinający go mieczem… ja rozrywający go tysiącem zaklęć… ja w jego głowie… ja pokryty jego krwią…
Moja prawa ręka pod kołdrą zacisnęła się w bolesną pięść.
-Malfoy…? Co ty, jakiś atak masz?
-Wyjdź, do diab…
Moje ręce na jego tętnicy… zaciskające się coraz mocniej… Jego sztywniejące ciało…
Ciało sześciolatka, duszone magią przez własnego ojca
-Wyjdź stąd, Potter-mój głos zabrzmiał bardziej jak ochrypłe charczenie konającego lub wygłodniałego wampira- Wyjdź, natychmiast.
-Ale co się…
-WYJDŹ!
Poczułem to. Fala energii, która wynurzyła się ze mnie i skoczyła na Pottera niczym dzikie zwierzę, uderzyła nim aż do drzwi. Drżałem na całym ciele, dygotałem, czułem na czole lodowaty pot, a w środku dziki żar. Elektryczne sensacje opływały mnie niczym woda prysznica. Chciałem wrzeszczeć.
Potter wytrzeszczył na mnie oczy i ścisnał jakąś pelerynę, którą dotąd trzymał pod ramieniem.
-Szlag, Malfoy-syknął i uciekł z pokoju, trzaskając drzwiami.
Moc wciąż skrzyła się w ciemności godziny po tym, jak odszedł.


  • RSS